17/08/2017Tagi: Alpy,Dolomity,Wspinanie górskie lato,

Spigolo Giallo, Cima Piccola di Lavaredo

Po zaplanowanym środowym reście (wycieczka do Cortiny, spacerowanie po okolicy), na czwartek szykujemy “główne danie“ wyjazdu – drogę Spigolo Giallo (Żółty Filar) na Cima Piccola, wycenioną na VI+. Ruszamy już o 5 rano bo pod słynne Tre Cime di Lavaredo czeka nas 1,5 godziny jazdy – niewyspanie próbuję zamaskować (tradycyjnie w moim przypadku :P) podwójnym espresso w schronisku Auronzo, spod którego czeka nas kilkuminutowy spacer pod schronisko Lavaredo i krótkie podejście pod ścianę.

Ponieważ droga jest mega-klasykiem nie dziwi nas, że przed nami w drogę wchodzą już 2 zespoły, a za nami idą 2 kolejne (pozostali już sobie muszą odpuścić). Mamy obawy czy podołamy bo to w końcu Cima, wielki filar, no i ciągowe trudności – większość wyciągów jest przedziale V-VI a mając w pamięci niektóre wyciągi o tej wycenie w Dolomitach to „strach się bać”. No ale spróbować trzeba!

Pierwsze wyciągi prowadzi Grzesiek, wspinanie jest faktycznie wymagające, ale na szczęście wyceny są “ludzkie“ więc dajemy radę z wystarczającym zapasem. Po krótkim łatwiejszym odcinku przejmuję prowadzenie i nastawiam się na walkę. Ku naszemu pozytywnemu zdziwieniu okazuje się jednak, że zarówno spionowane piątkowe wyciągi, jak i nietypowe trawersy między okapami są dobrze uklamione i nie sprawiają nam żadnych problemów. Martwię się jeszcze tylko o kluczowy wyciąg prowadzący przewieszającym się zacięciem, ale okazuje się, że niepotrzebnie - nie dość, że jest wyposażony w więcej haków niż potrzeba, to na dodatek jest bardzo przejrzysty i dobrze urzeźbiony. Z rozpędu ciągnę jeszcze jeden, bardzo ładny odcinek i puszczam przodem partnera. Chwilę później zaczyna kropić i skała błyskawicznie robi się mokra – włączamy wyższy bieg i jak maszyny „przebiegamy” ostatnie wyciągi, gdzie nadal jest pięknie, aczkolwiek nietrudno. Szczęśliwi, po pokonaniu 13 wyciągów w 5 i pół godziny, kończymy drogę i nie zabawiając długo na wierzchołku zbieramy się do opuszczenia turni.

No i tutaj już tak pięknie jak podczas wspinania nie jest – wpadam bowiem na pomysł by zamiast tradycyjną i żmudną drogą zjazdów/zejścia, zjechać linią słynnej drogi Gelbe Mauer idącą bardzo blisko naszego filara. Problem w tym, że źle lokalizujemy pierwszy zjazd i by trafić na właściwą linię, po drugim wykonuję kolejny – niefortunny – zjazd przez okap. A że ściana przewiesza się praktycznie cały czas, gdy dojeżdżam do końca liny, zawisam 300 metrów nad ziemią i jakieś 10 metrów od ściany :o. Początkowo zachowuję spokój ale po kilku minutach bezskutecznej walki o przybliżenie się do ściany zaczynam wydzierać się do góry (radio oczywiście padło chwilę wcześniej) sugerując Grześkowi by opuścił się na blokerze niżej, uwolnił linę znad przewieszki i rozbujał mnie tak bym mógł wpiąć się do jednego ze spitów lśniących kilka metrów ode mnie. Ponieważ jestem doskonale widoczny ze schroniska kilka osób na dole musi mieć niezły ubaw, niedaleko przelatuje też śmigłowiec, z którego zerkają na mnie z zainteresowaniem, podczas gdy ja udaję, że wszystko mam pod kontrolą ;) Po trwających dla mnie wieczność kilkunastu minutach rozwiązujemy problem, wyrównujemy linię zjazdów i już bez przygód docieramy na ziemię.

Żółty Filar to bez wątpienia jedna z piękniejszych dróg jakie robiłem więc zdecydowanie polecam wszystkim planującym wspinanie w Dolomitach, a już szczególnie w okolicy Tre Cime.

W piątek w planach mieliśmy jeszcze wielowyciągową obitą drogę Nikibi na Lastoni di Formin ale niestety nie udało nam się jej namierzyć :) Dysponowaliśmy bowiem błędnym opisem dojścia i po dwóch godzinach krążenia pod ogromną ścianą, gdzie wszystko wyglądało podobnie, poddaliśmy się i postanowiliśmy zakończyć naszą tegoroczną przygodę z Dolomitami.