07/01/2018Tagi: Tatry Wysokie,Dolina Staroleśna,Wspinanie górskie zima,

Żleb Grosza, Staroleśny Szczyt

Tym razem czas na wspinanie lodowe i Lodospady Grosza. Od dawna jednak zakładałem, że jeżeli na te lody się wybiorę to będę chciał iść dalej żlebem, przejść dodatkowy lodospad u jego wylotu i wyjść na Sławkowski Szczyt – tym sposobem uda się zrobić całą Drogę, nie tylko jej początek. Dołącza do mnie Mariusz, który zgłaszał chęć wzięcia udziału w konkretnej wyrypie, stąd też wydaje się moim pomysłem zachwycony :)

U wylotu żlebu meldujemy się dość późno, dodatkowo na Dolnym Groszu wspinają się już Słowacy, a kilku kolejnych chętnych wkrótce stawia się obok (w tym nasi znajomi z KW BB). Ucinamy krótką rozmowę i wbijamy się między Słowaków, tłumacząc, że musimy się spieszyć bo jako jedyni idziemy dalej do góry.

Dolny, łatwy lód, prowadzi Mariusz i po chwili ściąga mnie na stan walcząc z zaplątaną przez Słowaka liną. Nie zatrzymuję się na stanie, tylko od razu ciągnę dalej pod Górnego Grosza. Fragment za WI4 trochę mnie bułuje, dodatkowo jest nieasekurowalny (śniego-lód) ale idzie mi sprawnie i po chwili melduje się przy stałym stanowisku. Ściągam kolegę, rozwiązujemy się i ruszamy dalej do góry. Pokonujemy krótki i połogi próg lodowy, po czym cały czas idziemy dość dobrze związanym śniegiem. Są jednak miejsca, gdzie śnieg przewiało i tam trzeba się żmudnie przez niego przekopywać.

W końcu dochodzimy do miejsca, gdzie żleb odcina próg zalany lodem – można go obejść łatwym terenem ale nie po to tutaj przyszliśmy :) Wbijam śmiało w lodospad i wydaje mi się, że łatwo poradzę sobie z górnym odcinkiem za WI4+. Niestety gdy staję na półce pod ostatnimi metrami lodu, okazuje się, że część po której chcę wyjść to kruche kolumny, które po chwili zrzucam na dół i na dodatek nie ma możliwości asekuracji. Dobre dwadzieścia minut zajmuje mi wystartowanie w trudny fragment – próbuję się „poskładać”, raz za razem strącając kawałek lodu. W końcu sprężam się i wbijam jedną dziabę w słabo zalaną skałę, dynamicznie rwę do góry i szybko zabijam drugi czekan jak najwyżej, zanim pierwsza dziaba wyskakuje ze swojego miejsca – to już nieważne bo wiem, że utrzymam :) Kilka szybkich ruchów i wchodzę w łatwy teren. Dochodzę do skały w której odnajduję haka, dobijam dodatkowego i melduję Mariuszowi, że może ruszać. Po chwili cieszę się, że zrobiłem dobry stan bo kolega mocno walczy na problematycznym odcinku, który wyciąga z niego wszystkie siły i zmusza do podjęcia kilku prób.

Ponownie chowamy liny do plecaków i ruszamy dalej, góra żlebu jest mocno zasypana, na szczęście śnieg nie trzyma tylko miejscami. Po wyjściu ze żlebu, tuż przed zmrokiem, wchodzimy w dobrze związany śnieg w depresji pomiędzy skałami, która wyprowadza nas prosto na wierzchołek Sławkowskiego Szczytu. Na ostatnich metrach zatrzymujemy się co chwilę podziwiając morze chmur pod nami i wystające dookoła wierzchołki najwyższych szczytów. Dodatkowo mocno nas to rozbawia bo Mariusz rano mówił, że marzy by kiedyś w zimie znaleźć się na wysokim szczycie, gdy wszystko wokół skąpane będzie w chmurach. Zamówienie zrealizowane :) 

Ze szczytu schodzimy już po ciemku, po chwili wchodząc w podziwiane przez nas z góry gęste chmury, które ograniczają widoczność do kilku metrów. W końcu zmęczeni ale usatysfakcjonowani meldujemy się przy samochodzie w Starym Smokovcu. Wyrypa pierwsza klasa :)