11/03/2018Tagi: Tatry Wysokie,Dolina Łomnicka,Wspinanie górskie zima,

Motyka, Łomnica

Piękna i długa droga na wschodniej ścianie drugiego najwyższego szczytu Tatr. O drodze Motyki na Łomnicy marzyłem odkąd zacząłem wspinać się zimowo w górach, potrzeba było jednak czasu by do niej “dorosnąć“ :) Ponad 600 metrów ściany, zmienne warunki lodowe, kilka skalnych odcinków, w tym jeden szczególnie wymagający, sporo historii wyczytanych o drodze i podawany czas przejścia 8-12 godzin - można się wystraszyć jeszcze przed wspinaniem :) Jestem jednak rozwspinany pod koniec sezonu zimowego, a Jacek przebiera nogami by zrobić “coś konkretnego“, najwyższa więc pora zmierzyć się z legendą ;) Tym razem będzie więc dłuższa historia.

Jeszcze przed weekendem zastanawiamy się czy z powodu wysokiej temperatury zapowiadanej na niedzielę lepszą opcją nie będzie droga na innej, północnej ścianie – obawiamy się, że marcowe Słońce na wschodniej wystawie sprawi, że lodowe wyciągi zamienią się w wodospady a śnieżne pola podszczytowe w strome grzęzawisko. Wątpliwości nie opuszczają nas w sobotni wieczór, gdy trasą narciarską podchodzimy do Skalnatego Plesa - mimo późnej pory jest bardzo ciepło, a śnieg nie jest związany. Humor poprawia nam fakt iż nie musimy spać na zewnątrz – mimo, że noclegi w stacji kolejki (Chacie Encian) obecnie w zimie nie funkcjonują, udaje mi się załatwić dla nas dwa łóżka i cały pokój do dyspozycji :) Nie dołączamy jednak do chatara i jego znajomych imprezujących w jadalni, chwilę rozmawiamy, piję piwko na dobry sen i idziemy spać po 22-ej.

Wyruszamy o 5 rano, początkowo idziemy trasą narciarską, dopiero na wysokości podstawy ściany trawersujemy pod początek drogi. Śnieg niestety się nie związał, dlatego też miejscami zapadamy się po kolana – tutaj to nie problem, gorzej jeżeli podobnie będzie pod szczytem. Pod ścianą czeka nas niespodzianka – dwóch Słowaków wspina się na “naszej“ drodze i kończą właśnie pierwszy wyciąg. Na dodatek po chwili dowiadujemy się od nich, że jest też ślad z sobotniego przejścia – cieszymy się bo oznacza to, że może jednak mimo wysokiej temperatury uda się drogę zrobić.

Zespół przed nami oznacza również opóźnienie, chyba, że go wyprzedzimy :) Dlatego też szybko wiążemy się i ruszam na prowadzenie. Lód jest rozmiękły – oznacza to wątpliwą asekurację ale i łatwiejsze wspinanie, dlatego też pierwsze 60 metrów (WI2-WI3) pokonuję bardzo szybko zakładając po drodze 1 śrubę :) Słowak spotkany na stanowisku sugeruje mi poczekać i skorzystać ze stanu poniżej, oznajmiam mu jednak, że idziemy na lotnej i ruszam dalej (a za mną Jacek). Kolejne metry lodu pokonuję bardzo szybko i po chwili wyprzedzam zdziwionego Słowaka stojącego na drugim stanowisku. Dochodzę do lodowego progu (80 stopni, miejsce WI3+/4), który również pokonuję na lotnej (pytanie Słowaka do Jacka – “a on nie spadnie że się nie asekurujecie?“ :)) i pomykam dalej dwójkowymi polami śnieżnymi aż pod ściankę z zimowymi trudnościami ok. 5-. Teoretyczne pięć wyciągów poszło nam więc bardzo szybko :)

Na ściance zwieńczonej kominem zaczyna się wspinanie mikstowe, robimy więc ten wyciąg na sztywno. Gdy kończy mi się lina, ściągam Jacka i kolejne dwa odcinki pokonujemy łatwym terenem na lotnej. Dochodzimy do “czwórkowej” rynny i postanawiamy się nią wspinać, mimo iż ślady poprzedników charakterystyczną turnię obchodzą łatwym terenem po prawej stronie – nie jesteśmy tutaj by omijać trudności :)

Słońce mimo wczesnej pory daje popalić, dlatego też lód zaczyna płynąć – w rynnie jest przez to trudniej bo miejscami trzeba wspinać się po płycie. Ten odcinek prowadzi Jacek i sprawnie pokonuje kolejne metry, pewne trudności sprawia mu tylko trawers u końca rynny. Po chwili podążam za kolegą i delektuję się bardzo fajnym wspinaniem (trudności to ok. WI3+ i IV).

Na stanowisku przejmuję prowadzenie i ruszam wąskim żlebem, w którym po kilku metrach napotykam spionowany próg. Pokonuję go zacięciem po lewej stronie (trudności ok. IV) i ruszam dalej stromą płytową depresją – lodu ubywa z minuty na minutę. Docieram do stanowiska (2 dobre haki) pod kluczowym wyciągiem drogi i czuję się trochę jak pod wodospadem – z przewieszonego terenu nade mną leje się konkretnie, co jakiś czas spada też bomba z mokrego śniegu :)

Prowadziłem dziś prawie całą ścianę więc crux przypada Jackowi – czeka go stroma skalna ścianka, ograniczona drugą, przewieszoną, po prawej stronie. Kilka pierwsze metrów kolega pokonuje bardzo sprawnie, używając na zmianę rąk i dziabek, zatrzymuje go dopiero ostatni trudny odcinek – w końcu korzystając z jedynego na tym odcinku małego placka lodu, udaje mu się osiągnąć przełamanie ściany. Chwilę później dostaję komunikat, że mogę ruszać – najwyższa pora bo kompletnie przemokłem... W połowie ścianki jest faktycznie trudno – lodowego placka, z którego skorzystał kolega już nie ma, muszę więc mocno wyginać się i drapać po wszystkim po czym się da by pokonać kluczowe 2-3 metry i sięgnąć dziabą trawki nad zacięciem. Zimowa wycena 5+ wydaje się zdecydowanie nie być przesadzona ;) Ciekawe jak poradzą sobie z tym odcinkiem Słowacy, którzy zostali za nami daleko w tyle…

Po dojściu do stanowiska ruszam jeszcze kawałek do góry ale po 20 metrach okazuje się, że wychodzę w łatwy, podszczytowy teren, kolega dochodzi więc do mnie i chowamy jedną linę. Ostatnie 100 metrów przewyższenia na szczyt pokonując na wszelki wypadek na lotnej (ciężki śnieg zaczyna wyjeżdżać spod nóg a pod nami 600 metrów ściany). Ten odcinek, mimo braku trudności, jest dziś bardzo męczący – kopiemy się do góry prawie godzinę, będąc ciekawym zjawiskiem dla ludzi oglądających nas z wagoników jeżdżących co kilka minut zaledwie parę metrów nad naszymi głowami :) Zresztą już na kilku wcześniejszych wyciągach mieliśmy okazję pomachać do pasażerów – wschodnia ściana Łomnicy to jedyne miejsce w Tatrach gdzie wspinasz się z widownią nad głową :)

Gdy stajemy na szczycie Łomnicy zerkamy na zegarek i nie wierzymy własnym oczom – jest godzina 12, co oznacza, że z trudnościami drogi uporaliśmy się w 4 i pół godziny, a z kopaniem się na męczących polach śnieżnych pod szczytem całość zajęła nam godzinę więcej. Tego nie zakładaliśmy nawet w najbardziej optymistycznym wariancie, przewidującym przejście w 8 godzin – cieszymy się więc, że klasyk jakim jest ta droga, został przez nas zrobiony w tak dobrym stylu!

Chwilę odpoczywamy na szczycie i schodzimy na przełęcz. Pracownik obsługi kolejki, słysząc ode mnie jaką drogę zrobiliśmy, puszcza nas na krzesło za darmo, oszczędzając nam nudnego zejścia do Łomnickiego Stawu :) Przed zjazdem na parking ze Skalnatego mamy jeszcze przygodę z odzyskaniem naszego depozytu zostawionego w Chacie (właściciel zamknął ją i pojechał do domu), finalnie jednak udaje się rzeczy odzyskać – bez kluczyków do samochodu byłoby ciężko ;)