27/07/2018Tagi: Tatry WysokieDolina MięguszowieckaWołowa TurniaWspinanie górskie lato

Estok-Janiga (1) i Hviezdova (wycof) (2), Wołowa Turnia

Wycena 1: VII-   Długość 1 [m]: 140 m.   Wyciągi 1: 4   Czas 1 [h]: 2 h   Wystawa 1: SW   Ocena 1: 9/10   Komentarz 1:    
Wycena 2: VI+   Długość 2 [m]: 120 m.   Wyciągi 2: 4   Czas 2 [h]: 0   Wystawa 2: SW   Ocena 2: 0   Komentarz 2:    

Tegoroczny obóz tatrzański KW BB, zorganizowany nad Popradzkim Stawem, był dla wielu sprawdzianem charakteru - upłynął pod znakiem upartych prób urobienia kolejnych metrów na okolicznych ścianach. Jak ostatnio często się zdarza, pogoda ma gdzieś nasze plany i zmusza do poszukiwania czegokolwiek nadającego się do wspinania :) Na szczęście pierwszego dnia, o którym traktuje ten wpis, udało się na Wołowej zrobić planowany mega-klasyk i pół kolejnej drogi.  Ale po kolei. Najpierw jako organizatora czekało mnie jak zwykle trochę pracy przy dogadaniu naszego pobytu, później pozostało zająć się swoimi planami wspinaczkowymi. 

Wieczorem przed wyjazdem otrzymuję wiadomość od Grześka (z którym byłem umówiony na 3 dni wspinania), że uszkodził nogę i musi zrezygnować z obozu. Rozpaczliwie obdzwaniam obecnych już na miejscu klubowiczów i szukam kogoś kto mógłby mnie przygarnąć do zespołu – na szczęście na wspinanie w piątek jest sporo chętnych. W ostatniej chwili udaje mi się także załatwić wjazd pod schronisko, mogę więc zapakować do auta kilka par ciuchów i butów na zmianę po przemoczeniu ;)

Pod szlabanem pojawiam się wcześnie rano, zgarniam trójkę znajomych i po chwili dołączamy do obecnych już na miejscu i jedzących właśnie śniadanie obozowiczów. Udaje mi się namówić Łukasza na związanie się liną, po chwili ruszamy więc pod Wołową, w towarzystwie trzech innych zespołów. Pogoda rano jest dobra więc są duże szanse, że uda się zrobić przynajmniej jedną drogę. Bez ceregieli postanawiamy więc od razu uderzyć w najtrudniejszą drogę jaką mam na oku, zespołu Estok-Janiga (VII-). Obok nas startują znajomi – dwa zespoły na Stanisławskim, jeden na Staflovce.

Zaczynam pierwszy – trawersuję pod małe przewieszki i przez nie dochodzę do stanowiska. Następnie na prowadzenie swojego pierwszego tatrzańskiego wyciągu rusza Łukasz – trafia mu się bardzo ciekawa rysa za VI i krótkie zacięcie wyprowadzające pod kluczowe trudności (robi 2 wyciągi wg schematu tatry nfo). Wracam na prowadzenie – na początek piątkowa płyta, później ciekawe przejście na podchwytach (haki) za VI i przewinięcie między okapikami, po którym czeka najtrudniejszy fragment (jest spit). Na moje nieszczęście trawers rozpoczynam za nisko i utrudniam sobie sprawę – idę właściwie „po niczym”, a jedyne chwyty jakie znajduję to dwa małe kryształki :) Jestem bliski lotu ale finalnie udaje mi się pokonać to miejsce i wejść w zacięcie (VI), którym od razu kontynuuję dalej. Ściągam Łukasza i cieszę się, że stanowisko jest na ringach bo kolega dwa razy mi je testuje, a po przechodzę ostatnie metry drogi i wpinam się do łańcucha nad Kominem Puskasa.

Pod ścianą chwila przerwy, rzut okiem na coraz gęstsze chmury i decyzja – próbujemy jeszcze jedną drogę. Pozostałe zespoły kończą swoje przejścia i szykują się do zjazdów płytami po lewej stronie, gdy ja znajduję się już na pierwszych metrach Hviezdovej (VI+). Trzeba się spieszyć, od razu postanawiam więc przejść dwa wyciągi (55 metrów) – pierwszy jest szybki, drugi po łatwym początku wchodzi w płytkę z rysą na której znajduje się crux (są haki). Idzie mi bardzo szybko i po chwili ściągam do siebie Łukasza, niestety gdy ten jest już pod stanem, zaczyna padać. Przez chwilę mamy nadzieję, że przejdzie, po czym zaczyna grzmieć i robi się regularna zlewa – ścianami w momencie zaczynają płynąć rzeki, a kominami wodospady.

Niestety wisimy na dwóch hakach (trzeci wyciągam palcami :P), zostawiam więc starą taśmę i mailona, z którego zjeżdżamy. Leje okrutnie dlatego zjazd trochę nam zajmuje, w końcu jednak wracamy pod ścianę i pomagamy parze znajomych z zaklinowaną liną (dwa pozostałe zespoły zdążyły już uciec). W międzyczasie i nasza zaczepia się, czeka mnie więc bonusowe podejście kilkanaście metrów by ją uwolnić, a lać nie przestaje. Z liną drugiego zespołu jest jednak gorzej i finalnie Mateusz decyduje się małpować do stanowiska na prusach (wiszą obie żyły). Trochę mu zejdzie ale na wieczorną imprezę zdąży ;)

Totalnie przemoczeni schodzimy z Łukaszem do Żabich Stawów, suszymy się odrobinę, po czym znowu zostajemy przelani w drodze do schroniska :) Na miejscu okazuje się, że wszyscy pozostali obozowicze skończyli tak samo, czyli z drogą na koncie i mokrymi ciuchami. Większość odpuszcza wspinanie następnego dnia, posiadówa w Horolezeckim Barze przeciąga się więc do późna. Są jednak tacy, którzy pójdą rano działać mimo nieszczególnego samopoczucia i słabych prognoz ;)