29/07/2018Tagi: Tatry Wysokie,Dolina Mięguszowiecka,Inne,

Staflovka wariantem (część), Wołowa Turnia

Z Krzyśkiem byliśmy umówieni na dziś na konkretny cel – długo przekładaną Grań Żabiego Konia, coś w sam raz na dojście do siebie po sobotniej imprezie :) Oczywiście w prognozach ponownie deszcz, większość klubowiczów wybiera więc pobliską Galerię Osterwy. Przez chwilę również się nad tym zastanawiamy, ale przesiedziałem tam wczoraj cały dzień, a Krzysiek chciał iść w góry – postanawiamy więc trzymać się planu. Po męczącym dziś podejściu docieramy nad Żabie Stawy i stwierdzamy, że Koń nie ma najmniejszego sensu – cała grań utonęła bowiem w ciężkich chmurach. W zamian proponuję Wołową i któryś z łatwych klasyków – Stanisławskiego lub Staflovkę (Krzysiek nie był na żadnej z tych dróg, ja robiłem obie w 2015 – LINK) lub coś trudniejszego jeżeli ściana będzie sucha.

Pod Wołową zastajemy Jarka i Patryka, startujących właśnie na Stanisławskiego. Niestety przed kilkoma minutami kropiło, ściana jest więc mokra. Mimo tego postanawiamy iść na drogę Staflovej, w razie problemów można szybko zjechać z jednego z gotowych stanowisk.

Zaczynam drogę i po kilku metrach postanawiam nie iść skośnie do góry w prawo jak jest w topo, a od początku w linii prostej – bezpośrednio między przewieszki. Wariant okazuje się ciekawy (trudności ok. V/V+, dwa haki) i wyprowadza prosto na stanowisko, jest bardziej zajmujący niż ten po prawej. Przez chwilę znowu kropi i skała robi się bardzo nieprzyjemna. Dlatego też start drugiego wyciągu daje mi nieźle popalić – niby to tylko przewinięcie za V- ale ponieważ nie da się ustać na tarcie, trzeba ciągnąć z jednej ręki i robi się bardzo nieprzyjemnie. Po kilku metrach jest już łatwo więc wilgoć tak nie przeszkadza – dochodzę do stanu i nie idę do następnego jak planowałem, a za namową Krzyśka postanawiam ściągać go stąd.

Za chwilę okaże się, że była to świetna decyzja – gdy ruszam na kolejny wyciąg, zatrzymuję się po trzech metrach i nagle obiega mnie bardzo dziwne uczucie i nie wiadomo dlaczego chcę zawrócić. W tym momencie bez ostrzeżenia piorun wali w grań nad nami, iskry skaczą mi po sprzęcie na uprzęży, a Krzysiek opierający się o mokrą ścianę zostaje popieszczony prądem :o Sekundę później z góry lecą skały, całe szczęście jesteśmy pod okapami, więc spadają za naszymi plecami. Momentalnie rzucamy się do stanowiska i zakładamy zjazd, kilka sekund i zaczyna walić po nas grad, na szczęście nie ma kolejnych wyładowań.

Patryk, który jest na lewo od nas i trochę wyżej, również odczuwa uderzenie, na szczęcie jest w stanie szybko wycofać się do stanowiska zjazdowego w kominie, gdzie czeka Jarek. Po jednym długim zjeździe w rzece spadającej ze ściany znajdujemy się na ziemi, po chwili przestaje padać i wypogadza się. Wszystko trwało kilka minut ale było dość intensywnym przeżyciem. Wracamy do schroniska – tam spotykamy resztę ekipy, oczywiście na Osterwie wszyscy coś zrobili, ale za to nikt nie doświadczył podobnej górskiej przygody jak my. Naładowani energią wracamy do domu :)