14/08/2018Tagi: Alpy,Alpy - Włochy,Wspinanie górskie lato,

Risveglio di Kundalini, Dimore degli Dei (4 wyciągi)

Po poniedziałkowym wycofie z Luny w deszczu, we wtorek pojawia się szansa na podziałanie ponownie do popołudnia. Szymon postanawia odpocząć, ale Ela jest na miejscu ostatni dzień, więc to z nią będę się tego dnia wspinał. Decydujemy się na jedną z najbardziej popularnych dróg w dolinie, opisaną w przewodniku jako "fascynująca", - Risveglio di Kundalini (6a+, R2, 400m, 10 wyciągów). Znajduje się ona na ścianie Dimore degli Dei, a więc w miarę nisko. Dodatkowo najciekawsze i najtrudniejsze są pierwsze wyciągi, a więc są szanse na ich przejście zanim się rozpada. Zanim zaczniemy się wspinać czekamy jeszcze godzinę aż rozejdą się ciemne chmury i skała trochę podeschnie.  I ruszamy. To znaczy ja ruszam pierwszy bo Ela dziś bez psychy, chyba przez wieczorną imprezę ;)

Pierwszy wyciąg to ładny i powietrzny trawers na rękach, chwyty dobre (5a) ale lufa pod nogami na dzień dobry trochę spina. Drugi odcinek to kolejny trawers, tym razem pod okapem - tutaj jest już trudniej (ok. VII-) ale zastane haki dodają odwagi. Po wyjściu spod okapu trawersuję dalej do stanowiska na drzewku. Ela ma problem w kluczowym miejscu (ciężki plecak nie pomaga), ale po chwili dochodzi do stanu.

Czas na wizytówkę tej drogi i jedną z perełek całego regionu - długą na ponad 30 metrów rysę, o trudnościach V+ do VI-.  Początkowo idzie się dość dobrze, ale gdy kończą się duże friendy i stopy zaczynają boleć, włącza się myślenie. A restu na złapanie oddechu nie ma. Dlatego też po chwili walki ze sobą postanawiam po prostu szybko iść do stanowiska, bo postoje nie mają żadnego sensu. Kapitalny wyciąg, aczkolwiek by się z niego w pełni cieszyć, wypada być rozwspinanym w rysach.  Ściągam Elę i robię jej z góry całą sesję zejściową, na którą załapuje się też jaszczurka goniącą wzdłuż pęknięcia do góry i w dół, ewidentnie drwiąc z naszego wysiłku :)

Kolejny wyciąg jest również bardzo ciekawy - dziesięciometrowa przerysa/komin za VI- bez możliwości jakiejkolwiek asekuracji. Za szeroka na ręce czy nogi, za wąska na całe ciało. Stoję pod tym fragmentem dobre 10 minut zastanawiając się "po co sobie to robię" ;) W końcu ściskam poślady i ruszam, początkowo próbuję od frontu, nie idzie, zmieniam więc ułożenie i przechodzę w dulfra, nogami idąc po ścianie obok pęknięcia. Dochodzę do stanu i łapię głęboki oddech :) Po chwili ściągam już Elę, która ostro szarpie się z rysą i z niemałym trudem dociera do stanowiska. Teraz czekają nas łatwiejsze wyciągi trawersujące ścianę pod ogromnym okapem. Niestety nie uda się już ich zrobić - dosłownie w 3 minuty pogoda zmienia się gwałtownie - rozlega się grzmot i po chwili zaczyna lać. Podejmujemy szybką decyzję o wycofie - dwa długie zjazdy z drzew i stoimy pod ścianą. Kilka minut później przestaje padać co trochę nas denerwuje :)

Nie udało się przejść drogi do końca ale i tak zdecydowanie było warto - zgodnie z planem minimum przeszliśmy najtrudniejsze i bardzo ładne cztery wyciągi. Zresztą sama 30-metrowa rysa z trzeciego odcinka wystarczyłaby do szczęścia. Właśnie dla niej zdecydowanie polecam na Kundaliniego się wybrać!