16/08/2018Tagi: Alpy,Alpy - Włochy,Wspinanie górskie lato,

Gervasutti, Punta Allievi

Tak jak wspominałem w prologu - w środę byliśmy już spakowani na Piz Badile i jechałem odebrać Jacka z lotniska, gdy okazało się, że obecnie dojście pod górę od strony szwajcarskiej jest zakazane. Lokalni przewodnicy zdecydowanie odradzili nam łamanie tego zakazu, co finalnie przekonało nas do rezygnacji ze słynnej drogi Cassina. Na szybko zaproponowałem więc chłopakom (ze mną wspinać miał się Szymon, z Jackiem - Rysiek) plan zastępczy.  Z kilku opcji które miałem przygotowane, wybraliśmy tą najdłuższą, 21-wyciągową drogę Gervasuttiego na mierzący 3121 metrów Punta Allievi. Z lotniska więc, zamiast do Szwajcarii, wracam z Jackiem na camp, przepakowujemy się i wieczorem już w czwórkę ruszamy na nocleg wgłąb doliny Val di Zocca.

By dotrzeć pod interesujący nas południowy filar musimy pokonać najpierw około 1400 metrów przewyższenia - wspinanie planujemy rozpocząć o 6 rano więc warto spać jak najbliżej ściany.  Do schroniska Allievi Bonacossa docieramy po 22-giej, podejście jest bardzo strome i przy szybkim tempie oraz ciężkim plecaku może dać popalić ;) Planujemy tylko trochę podeschnąć i poszukać koleby do spania w okolicy. Jest jednak zimno, wieje i po ciemku nie bardzo nam się to uśmiecha, przystajemy więc na propozycję kierowniczki schroniska by spać w łóżkach jak cywilizowani ludzie :) Pijemy symboliczne piwko by już nie ciążyło w plecaku i ładujemy się do wyrek by kilka godzin się przespać.

Wstajemy po 4-tej, szybkie szturmżarcie, kawka i o 5-tej, ruszamy w kierunku "naszej" góry.Jak widać na zdjęciu poglądowym, Punta Allievi znajduje się niedaleko schroniska, tak więc mimo tego iż po ciemku trochę kluczymy to pod filar docieramy jeszcze przed 6-tą. Ponieważ pomysł na drogę był mojego autorstwa, zostaję wypuszczony przodem - początek jest o tyle istotny, że trzeba wtrawersować w filar i w odpowiednim momencie odbić do góry. Skała jest jednak wychodzona, na dodatek co jakiś czas pojawiają się haki, dlatego w miarę sprawnie pokonuję pierwsze kilka łatwych (IV do V) aczkolwiek ładnych wyciągów. Od dołu widać zresztą charakterystyczne miejsce na które trzeba się kierować - szeroki komin przechodzący w zacięcie pod odstrzeloną turnią (nazwałem ją "grotem").

Za mną na linie podąża Szymon, Jacek z Ryśkiem zmieniają się regularnie, idąc albo zaraz za nami, albo nawet wspinamy się równocześnie tuż obok siebie. Taki czwórkowy zespół na dwóch kompletach lin :) Wyciąg pod turnią (szósty) jest piękny i równocześnie najbardziej wymagający na całej drodze (VI) - zaczynamy kominem, wchodzimy w zacięcie a następnie wspinamy się rysą najpierw w ciasnym zacięciu, następnie w płycie. Piękna sprawa, na dodatek gęsto trafiają się haki, więc można delektować się samym wspinaniem. Stanowisko zakładam tuż obok turni, żeby dobrze widzieć chłopaków z góry :) Gdy dochodzi do mnie Szymon, przenosimy się kilka metrów niżej do właściwego stanowiska i zmieniamy na prowadzeniu.

W tym miejscu dziwimy się, że droga nie jest poprowadzona ściśle filarem, a jego lewą stroną, trzymamy się jednak schematu. Dopiero w domu znajdę informację, że jest tam wariant i to za VI+ więc jak ktoś będzie się wybierał - niech to rozważy :) Szymon, który idzie przodem, zaczyna jednak za bardzo kombinować i zamiast trudności czwórkowych wynajduje piątkowe i szóstkowe, po chwili więc obok wyprzedza go Jacek :) Dalej droga na trzy-cztery wyciągi przechodzi w grań, chłopaki idą na lotnej. Spotykamy się na pierwszym zwieńczeniu filara, który stanowi wielka i ostra jak wierzchołek Mnicha turnia, widoczna doskonale na zdjęciu poglądowym. Jesteśmy teoretycznie w połowie drogi.

Robimy krótką przerwę i ruszamy równocześnie - Jacek po lewej, ja po prawej :) Czeka nas bowiem obejście kilku turnic w grani, a schemat jest bardzo niejasny (pięć wyciągów zaznaczonych jest jako centymetrowe kreski). Po chwili okazuje się, że to ja dobrze poszedłem, a Jacek pomylił już liczbę wyciągów myśląc, że jesteśmy na ósmym a nie jedenastym :) Dwa wyciągi dalej (czwórkowe) gubię się jednak pomiędzy turnicami i już sam tracę wiarę, że poprawnie odczytałem schemat. Wyjście na grań rozwiewa jednak moje wątpliwości - chwilę wcześniej szedłem dobrze i niepotrzebnie wycofałem się z komina wychodzącego na okienko w grani, gdyż byłem przekonany, że dalej nic nie ma. W tym miejscu bowiem wchodzi się na grań, kontynuując pod charakterystyczną żółtą ścianę widoczną w dalszej części filara.

Chwilę później obok mnie pojawia się spotkany wcześniej przewodnik, co upewnia nas, że idziemy dobrze. Chociaż momentami gość sprawia wrażenie jakby nie za bardzo wiedział gdzie iść ;) Dochodzę do stanu pod ładnym zacięciem i czekam na chłopaków. Jesteśmy teoretycznie po 15-tym wyciągu. Kolejne 2 wyciągi opisane jako "Salto Giallo" są bardzo ładne (V+ i V-) lecz drugi jest tak krótki, że kolejny liczymy jako ten właśnie, co powoduje kolejne pogubienie się w numeracji :) Dopiero po chwili łapię o co chodzi i muszę bardzo mocno się postarać by przekonać Jacka, że jesteśmy tam gdzie myślę, że jesteśmy :) Pokonujemy lufiasty kawałek grani i przejmuję prowadzenie na dwa ostatnie wyciągi. Przewodnik przede mną pcha się w jakiś dziwny wariant, który sprawia trudności i jemu i klientowi, ja po chwili zastanowienia idę jak należy. Po chwili bez większych problemów docieram do miejsca gdzie stoją, patrząc na mnie ze zdziwieniem :)

Ściągam Szymona i nie czekając na szarpiących się z przesztywnioną liną Jacka i Ryśka, ruszam szybkim tempem skalnym kanałem doprowadzającym do końca drogi. Pod szczytem moje zdziwienie wywołuje fakt, że od drugiej strony szczyt jest tak łatwo dostępny, a pod nim znajduje się wielkie skalne pole. Wspinasz się i wspinasz, a po drugiej stronie płasko :) Czekając na chłopaków rozwiązujemy się i na lekko podchodzimy na nieodległy wierzchołek. Mimo kilku zamotów na drodze osiągamy przyzwoity czas przejścia - 6 i pół godziny. Kawał pięknej górskiej przygody!

Zejście okazuje się bardzo łatwe orientacyjnie i technicznie, tylko w jednym momencie pojawia się skalny próg, gdzie trzeba być ostrożniejszym. Gdy nie pada lina nie jest jednak niezbędna. Już po godzinie znajdujemy się z powrotem w schronisku i fundujemy sobie po zasłużonym piwku. Ludzi bardzo mało - jedna grupa włoskich biegaczy. Robimy naradę co robić - proponuję albo zostać na kolejną noc i następnego dnia zrobić jeszcze jedną drogę w okolicy, albo schodzić na camp i kolejnego dnia odpocząć, iść na baldy i w sobotę zaatakować ponownie Luna Nascente. Mimo nieprzyjemnej perspektywy prawie 4-godzinnego zejścia wygrywa opcja druga i około 20-tej spotykamy się z kilkoma obozowiczami w najlepszej pizzeri w mieście. Wieczorem wyjątkowo nie mam siły na długie balowanie i po dwóch piwkach odpływam do namiotu :)