10/02/2019Tagi: Tatry Wysokie,Dolina Mięguszowiecka,Wspinanie górskie zima,

Motyka, Zadnia Basztowa Przełęcz

Dzień po spacerze w Białej Wodzie i przejściu Młynarzowego Żlebu z Anią, wracam w Tatry z Szymonem by zrobić jedną z dawno planowanych dróg - Motykę na Wyżnią Basztową Przełęcz. Gdy zimą wchodzisz w rzadko powtarzaną i warunkową drogę, po której czeka Cię graniówka i zawiłe zejście, musisz się liczyć z tym, że gdy zrobi się ciemno, a pogoda się załamie, lekko nie będzie i albo czeka Cię kibel albo uda Ci się wydostać ze ściany i będziesz lekko sponiewierany :) Byliśmy na to gotowi 

Pogoda rano jest kapitalna, trochę nas to rozleniwia i podchodzimy niezbyt szybko podziwiając widoki i wypatrując celów na przyszłość. Gdy już docieramy pod naszą drogę, okazuje się, że warunki w dolnej części (żlebie) są kapitalne, przebiegamy je więc bardzo szybko. Niestety od początku komina śnieg jest fatalny - miejscami luźny i sypki, miejscami zbity w miękkie mury odgradzające przejście. Lodu brak, mnóstwo luźnych kamieni, niektóre dość pokaźne, uniki na drugiego były więc wskazane 

Szymon próbuje pierwszy trudny odcinek i po przejściu czujnej płyty nie daje rady na ściance, którą chcemy ominąć śnieżny nawis. Ja pokonuję ten fragment nie bez problemów, na dodatek okazuje się, że po nim są jeszcze dwa niebanalne progi w podobnie niesprzyjających warunkach. Mimo tego iż trudności pokonujemy bardzo powoli, postanawiamy jednak się nie wycofywać i sięgnąć po swoje rezerwy - w dobrych warunkach na drodze zimą można spotkać odcinki do M5+, wczoraj było nieco trudniej.

Po przejściu pola śnieżnego nad progami dochodzimy do kominów wyjściowych i żmudna praca trwa - na skalnych odcinkach sporo wspinania na rękach, w połogach odśnieżanie i szukanie kępek trawy. W końcu przed zmrokiem, po 5 godzinach wspinania, docieramy do Wyżniej Basztowej Przełęczy. Tutaj zabawa się nie kończy - czeka nas wejście granią na szczyt, a pogoda zgodnie z zapowiedziami pogarsza się z minuty na minutę. Gdy docieramy na szczyt robi się ciemno, wieje i sypie, a widoczność spada do kilku metrów. Liczymy się z możliwością kopania domku na noc  Okazuje się finalnie, że nie będzie to konieczne - cierpliwie (3 godziny) sprawdzamy kolejne żleby, aż w końcu trafiamy na ten właściwy, sprowadzający do Doliny Młynickiej. A przy małym armagedonie, który się rozpętał nawet odnalezienie szlaku na dole łatwe się nie okazuje... "Delikatnie" ściorani schodzimy ok. 23-ej do Szczyrbskiego Plesa,  a następnie torami człapiemy do auta pozostawionego przecież dolinę dalej - pod Popradzkim Stawem.

Poleciłbym drogę ale na wiosnę - przy dobrym śniegu i lodzie będzie bardzo szybko i przyjemnie. Nie róbcie sobie tego co my, chyba że działacie z premedytacją