18/02/2019Tagi: Tatry WysokieDolina Rybiego PotokuMięguszowiecki Szczyt WielkiWspinanie górskie zima

Direttissima, Mięguszowiecki Szczyt Wielki

Wycena: M5   Asekuracja: R2   Długość [m]: 1200   Wyciągi: 6   Czas [h]: 9   Wystawa: N   Ocena: 8/10   Komentarz: Deniwelacja 800 m.   

Po wczorajszej rozgrzewce na Kotle Kazalnicy (Cień), czas na dużą ścianę! Direta MSW to mega klasyk i pozycja obowiązkowa dla każdego szanującego się taternika 😉. Przy sprzyjających warunkach droga nie jest trudna technicznie, co nie znaczy, że nie jest poważna. Odcinki wspinaczkowe to Komin Marusarza (M4), Płytowe Zacięcie (M5) i 2-3 wyciągowa Rynna Wawrytki (w zależności od warunków od M3 do M5). Pomiędzy tymi miejscami trzeba jednak popracować trochę w stromym śniegu i trawach. No i trzeba pamiętać, że zejście zimą z MSW jest dość skomplikowane, szczególnie jeśli ktoś robi to po raz pierwszy i po ciemku. W naszym przypadku pogoda była sprzyjająca, choć skalne odcinki bardzo wymagające. Stąd też czas przejścia - ok. 9 godzin, gdy standardowy to 6-8, a w świetnych warunkach drogę można w całości "przebiec" na lotnej.

Wieczór integracyjny w Starym Moku trochę się przeciąga, nie ruszamy więc zbyt wcześnie - unikam tematu gdzie się udajemy by nie słuchać komentarzy typu "7 rano, Wy jeszcze tutaj a na Direttę chcecie iść?" 😉 Jednak wiem co robimy - jesteśmy w formie, śnieg jest dobry, na dodatek pogoda jest kapitalna i taka ma zostać cały dzień i całą noc. Dodatkowo czeka nas super-pełnia więc czołówki będą tylko dodatkiem. Tylko dlatego pozwalamy sobie na tak późne wyjście. Finalnie w ścianę wchodzimy ok. 8-ej, mijamy Gruszkę po lewej stronie i śniegiem podchodzimy do Małego Bańdziocha. Betonów nie ma ale nie narzekamy bo jeżeli się już zapadamy to tylko miejscami po kostki.

Pod Kominem Marusarza przystajemy by się związać i oszpeić. Prowadzę jeden długi wyciąg i gdy kończy mi się lina, przechodzimy na lotną. Trafiamy na jakieś niewyraźne ślady, miejscami jednak źle prowadzą, idę więc zgodnie z posiadanym topo. Dochodzimy do formacji zwanej Nietoperzem i mijamy ją z prawej strony Rynną Abgarowicza. W jej połowie znajduję sondę Mammuta, co okaże się dopiero pierwszym znaleziskiem... Po wyjściu z rynny przystajemy na Buli Abgarowicza by coś zjeść i odsapnąć. Następnie trawersujemy pod Płytowe Zacięcie i znajdujemy kolejne fanty, tym razem droższe - 4 nowiutkie śruby BD 😊 Zastanawiamy się kto był taki rozrzutny bo niedaleko dalej dostrzegamy jeszcze łopatę lawinową, która niestety jest poza zasięgiem.

Pod zacięciem mina mi rzednie - nie ma w nim lodu a śnieg nie trzyma się skały. Czyli zamiast planowanego M5 będzie trudniej... Wspinam się powoli metr po metrze, szukając czegokolwiek do zaczepienia dziaby i możliwości asekuracji. Dolny odcinek choć trudny, idzie mi sprawnie, gorzej jest wyżej bo nie wiem na którą opcję wyjścia z zacięcia się zdecydować. No i wtedy dochodzi do katastrofy - gnąc się w połowie załupy z kieszeni w bluzie wysuwa mi się piękny nowy telefon, odbija się od skały i frunie 2 metry za głową kolegi, do którego rozpaczliwie krzyczę by łapał licząc na cud. Odprowadzam go ze łzami w oczach kilkadziesiąt metrów, po czym niknie za załamaniem ściany. Ogarnia mnie rozpacz, a jestem przecież w najtrudniejszym miejscu na drodze, trzeba więc wziąć się w garść. Dochodzę do siebie kilka minut, pomaga rzucanie przekleństw w przestrzeń. Ruszam dalej i po kilku minutach jestem na stanowisku na Zachodzie Janczewskiego. Na prowadzenie tego odcinka i ściągnięcie Szymona schodzi półtora godziny. Przy dobrych warunkach w zacięciu szacuję, że zeszłoby 20-30 minut...

Podchodzimy kawałek Zachodem Marusarza i stajemy u wylotu Rynny Wawrytki. Znowu rozczarowanie - brak lodu i wspinaczkowego śniegu. Przypominam sobie opis z Drytoolingu – „Rynna jest bardzo niewdzięczną formacją, jeśli jest sucha i nie ma lodu. Asekuracja momentami jest słaba, a na początku Rynny wspinać się trzeba” I faktycznie, okazuje się, że ten odcinek to niezła dupo-tłocznia 😉. W lecie do przebiegnięcia w podejściówkach, w zimie jak jest sucho to drapanie metr po metrze i oczekiwanie, kiedy się z tego wypadnie. Asekuracja miejscami nie istnieje, czasami trzeba więc przejść po 7-10 metrów i nie spadać. Znów schodzi bardzo dużo czasu - po 60 metrach biję haki i ściągam Szymona, mija kolejne półtora godziny i kolega stwierdza, że mimo iż azerował łatwo nie było... No ale zbliża się zmrok, stąd też nie ma czasu by drugi na linie długo się bawił - trzeba cisnąć.

Drugi wyciąg w rynnie idzie mi już szybciej, jest też łatwiej, choć miejscami bardzo czujnie. W końcu dochodzę do niższego, północno-wschodniego wierzchołka i ściągam na niego Szymona. Podchodzimy na główny wierzchołek, jest godzina 17 - zeszło 9 godzin co jak na te warunki na wspinaczkowych odcinkach uważam za czas przyzwoity 😊. Zachodzi Słońce ale wcale nie robi się ciemno - księżyc tak mocno daje, że wszystko w koło jest magicznie biało-szare. Skręca mnie ze smutku, że nie mam aparatu a telefon poleciał w otchłań - zdjęcia byłyby niepowtarzalne. Nie spieszymy się bo nie ma po co, robimy sobie mały piknik i stwierdzam nawet, że gdybyśmy mieli whiskacza posiedzielibyśmy sobie na górze do rana - tak jest pięknie i przyjemnie. Rzeczony napój czeka jednak na nas w schronisku, trzeba więc schodzić!

No i zaczyna się kolejna przygoda - początek kluczymy tylko trochę trawersując pod granią do ringa zjazdowego, z którego postanawiamy skorzystać. Zjeżdżamy do rynny zejściowej i obniżamy się nią za nisko, czeka nas więc podejście. Znajdujemy jakieś ślady i postanawiamy je wykorzystać. Niestety okazuje się, że ktoś postanowił sobie pozwiedzać kilka przełączek - chodzimy to góra, to dół po bardzo nieprzyjemnym terenie, po drodze wykonując zjazdy na natrafionych ringach. W pewnym momencie lądujemy nawet na Mięguszowieckim Przechodzie, z którego zjeżdżam na północ zastanawiając się czy tamtędy nie zejdziemy. W końcu wracamy prawie do punktu wyjścia i już instynktownie trawersujemy do Hińczowej Przełęczy. Byłoby dużo szybciej i łatwiej gdybym nie wyrzucił wszystkich zdjęć i opisów zejścia wraz z telefonem... Z Przełęczy nie mamy już problemów z orientacją, choć śnieg na Galeriach Cubryńskich jest bardzo nieprzyjemny. Przez swoje błędy i próby urządzania skrótów, za Mnicha docieramy dopiero po 5 godzinach od wyruszenia ze szczytu... Trochę wstyd no ale cóż, nie tacy zawodnicy tam błądzili 😊. Dalsza droga to już turystyka, szybko dreptamy i po północy docieramy do opustoszałej już jadalni w starym schronisku. Zalewamy liofy i otwieramy 12-letniego Glena by uczcić sukces!

PS. Następnego dnia koledzy robiący Drogę Północną na ścianie, w Rynnie Abgarowicza odnajdują mój telefon wbity w śnieg. Z potrzaskanym ekranem ale działający - to jest dopiero coś! By była równowaga w przyrodzie, sam z pomocą TOPRu odnajduję właściciela śrub i sondy i odsyłam mu sprzęt. Okazuje się bowiem, że ratownicy ściągali chłopaków ze ściany po locie paskudną Rynną Wawrytki, podczas którego plecak wypluł z siebie różne przedmioty...