17/03/2019Tagi: Tatry Wysokie,Dolina Rybiego Potoku,Wspinanie górskie zima,

Orzeł z Epiru, Kocioł Kazalnicy

Sezon zimowy w Tatrach dobiega końca, ostatnią niedzielę kalendarzowej zimy wypada więc wykorzystać jak najlepiej to możliwe. Pogoda nie pomaga (odwilż i wiatr po mocnym opadzie) i ogranicza możliwość wyboru do dróg czysto skalnych, do których podejście nie jest zagrożone lawinami. Marzyła nam się jakaś duża północna ściana, skoro jednak jest jak jest, stawiamy na trudności. Wracamy nad Morskie Oko z zamiarem przejścia naszej najtrudniejszej do tej pory drogi, Orła z Epiru na Kotle Kazalnicy. Podczas niedawnego obozu na tej samej ścianie przeszliśmy biegnącą obok drogę Cień Wielkiej Góry. Tym razem podnosimy sobie poprzeczkę, bo o ile na Cieniu trudniejszy jest tylko jeden wyciąg, o tyle na Orle trzeba się porządnie wspinać na wszystkich wyciągach poza ostatnim (według różnych wycen I: 6+/7-, II: 6/6+(M7-), III: 5, IV: 5+, V: 3).

Orzeł z Epiru to droga wytyczona w 2003 przez Pawła Olka i Artura Paszczaka, pierwsze klasyczne przejście było zasługą zespołu Maciej Ciesielski/Kuba Radziejowski, którzy ocenili Orła na zimowe 6+. Spotkać się można jednak z opiniami dobrych wspinaczy czy też oficjalnymi materiałami (np. Master Topo) sugerującymi trudności 7-. Nie mnie to oceniać, w moich odczuciach jednak drugi wyciąg jest poważniejszy od pierwszego i bardziej wymagający niż mówi nam oryginalna wycena. Stąd też sugestie (np.  A. Paszczaka), że to zimowe 6+ i również do tego się przychylam.

Wróćmy jednak do naszej przygody… Wybierając się na trudną (dla siebie) drogę w niedzielę, lepiej odpuścić sobie imprezę w piątek oraz bieganie po Beskidach w sobotę 😉. Jednak większym problemem od moich bolących łydek i słabego samopoczucia było zatrucie Szymona, który do ostatniej chwili przed wyjazdem wahał się czy jechać. Finalnie próbujemy i do Moka docieramy wraz z Martą, która wybiera się na Szpiglasowy Wierch. Dochodzimy pod ścianę i o ok. 11-tej zaczynamy się wspinać, pomimo nikłych nadziei na powodzenie misji. Droga jest jednak na tyle komfortowa, że w wielu miejscach oferuje szybkie wycofy. Dziś z powodu stanu Szymona prowadzić wyciągi będę tylko ja, szykuje się więc kilka godzin walki.

Pierwszy wyciąg zaczyna się fajnym zacięciem za M5, następnie skośna depresją doprowadza nas do ciasnego skalnego kominka za M4. Nad nim dochodzimy do kruchego przewieszenia, pod którym zabita jest dobra jedynka z repem. Obawiam się przesztywnienia liny, dlatego decyduję się na założenie stanowiska pośredniego w tym miejscu, mimo iż do właściwego stanowiska jest tylko 10 metrów. Ściągam partnera i ostrożnie wchodzę w kruchą ściankę – kilka mocnych ruchów po klamach, zabijam dziaby na trawiastej półce, wyciągam się do góry i już łatwym trawersem dochodzę do stanowiska. Szymon mimo osłabienia świetnie daje radę i po chwili jest obok mnie.

Przed nami 30-metrowe piękne, czysto skalne zacięcie (jak wspominałem wyceny od oryginalnego zimowego 6 do M7-). Obawiam się tego odcinka, tym bardziej iż wiem, że ludzie tam czasami a-zerują… A nasze skromne umiejętności nie dają nam komfortowego dla takiego wyciągu zapasu. Ruszam, wspinanie jest techniczne i bardzo mi się podoba, choć przesuwam się do góry bardzo powoli, metr po metrze. Asekuruję się z nielicznych zastanych haków i z własnych friendów (siadają świetnie na szczęście), a przed wyjściem z trudności zabijam dużą V-kę żeby uspokoić głowę. Jeszcze kilka metrów po trawach i jestem na stanie. Udało się, uff 😊.

Chętnie bym teraz odpoczął na drugiego po dwóch wytężających wyciągach (podzielonych na trzy odcinki), Szymon jest dziś jednak za słaby by mnie odciążyć. Trzeci wyciąg ma „tylko” 5, jest jednak dość nieprzyjemny i ze słabą asekuracją na kluczowym odcinku. Przechodzę do i do kolejnego stanu docieram mocno zmęczony psychicznie, a przede mną jeszcze wyciąg za 5+…Ten ostatni odcinek wyciąga ze mnie resztki energii, w kluczowym miejscu nie udaje mi się na dodatek w słabej trawie wbić reksa (frunie w dół) i muszę spiąć poślady by kilka metrów pokonać bez przelotu. Po wyjściu w trawy dociągam jeszcze kilka metrów do stanu i padam – mam ochotę cisnąć dziabami w dół i pieprzyć to całe zimowe wspinanie 😤! Minione pięć godzin kosztowało mnie naprawdę sporo... Szymonowi też trochę czasu schodzi i kiedy do mnie dociera, nie dokładamy sobie roboty z wyjściem łatwym terenem, który pokonywaliśmy niedawno robiąc Cień i trzema zjazdami wracamy pod ścianę. W schronisku razem z Martą świętujemy sukces jednym piwkiem i wleczemy się na parking do Palenicy. Koniec kalendarzowej zimy - na pewno. Koniec sezonu? Zobaczymy, na pewno nie mam w najbliższym czasie ochoty na coś równie dla mnie trudnego...