02/05/2019Tagi: Alpy,Paklenica - Chorwacja,Wspinanie górskie lato,

Velebitaski, Anica Kuk

Po krótkiej wizycie na Pagu przenosimy się do Paklenicy. W zeszłym roku wstęp do sezonu górskiego w tym miejscu tak mi się spodobał, że postanawiam wrócić, mając konkretne drogi na oku. Jedną z nich jest mega klasyk, część „trylogii”, droga Velebitaski (7-), z której w zeszłym roku musieliśmy się wycofać (RELACJA), po kilku godzinach oczekiwania w zatorze. Tym razem również nie jesteśmy sami – pod ścianę docieramy później niż zamierzaliśmy i musimy poczekać aż wystartuje trójkowy zespół z Polski. Obok swoim wariantem, startuje jeszcze zwariowany Chorwat ze swoją towarzyszką mającą chyba z 80 lat, która ledwo pod ścianę doszła ale jakimś cudem będzie poruszać się do góry, co zdumiewa, bo nawet żeby ciągnąć za pętle w pionowym terenie trzeba mieć sporo siły 😊.

Startujemy po 10 rano, pierwszy wyciąg prowadziłem rok temu więc namawiam na niego Anię – pamiętam iż mimo dość niewinnej wyceny (6-), był wymagający. Zresztą tutaj mała dygresja – w Paklenicy na górskich drogach nawet wyciągi piątkowe/szóstkowe potrafią porządnie zmęczyć, bo często są ciągowe i prowadzą niewygodnymi formacjami (niewymiarowe kominy, gładkie rysy, pojedyncze oblaki w małych przewieszkach itp.), do tego NIE SĄ OBITE NA SPORTOWO więc albo coś trzeba dokładać albo cisnąć nieprzyjemnym terenem bez przelotu po 5-10 metrów. I właśnie na dzień dobry z tym musi zmierzyć się moja partnerka – po kilku metrach jest mocno zdziwiona, że trzeba się porządnie wspinać, na dodatek nie rozgrzane jeszcze palce nie ułatwiają zadania. A stan dopiero po 40 metrach 😊.

Kolejne trzy wyciągi są przyjemniejsze, Ania przystaje więc na dalsze prowadzenie. Na początek drugiego odcinka ciekawy trawers, po czym już łatwiejsze dojście do stanu. Trzeci wyciąg można iść wariantem wprost kominem lub bardziej na prawo – my wybieramy pierwszą opcję, jest bardziej górska i trzeba dokładać swój sprzęt. Kolejny odcinek to wyjście z dużej nyży na szczyt turnicy i zejście kilka metrów do pośredniego stanu. Tutaj się zmieniamy i na początek przechodzę tylko dość trikowy komin do właściwego stanowiska – nie ma się co spieszyć po co chwilę doganiamy zespół przed nami.

Przede mną powietrzny trawers z bulderowym początkiem – pamiętam, że w zeszłym roku trochę nas to miejsce zdziwiło, tym razem więc dobrze przygotowuję ruchy i sprawnie ten odcinek przechodzę. Po kilku metrach zatrzymuję się na kolejnym pośrednim stanowisku – to właściwe jest już przed trudnościami i wisi na nim trójka Polaków, lepiej więc poczekać. Ściągam Anię i patrzę jak zespół przed nami próbuje przejść cruxa – nie udaje się i dociera do mnie informacja, że kluczowy odcinek jest mokry. Nie dobrze – czyżbym za rok kolejny raz miał wracać na tą drogę? Czekamy aż wyciąg się zwolni i przechodzę brakujące metry do stanowiska – kilkunastometrowa obła rysa za 6- okazuje się niebanalna.

Czas na kluczowy odcinek wyceniany na 6a+ (górskie 7-) – zaczynam bardzo ostrożnie i podchodzę pod trawers z mokrym odcinkiem, gdzie na szczęście w dobrym miejscu jest spit. Zalane są dwa kluczowe podchwyty, trzymają więc bardzo niepewnie a stopnie są tarciowe – dociskam stopy jak najmocniej potrafię, wołam do Ani „uważaj” i robię kilka szybkich ruchów do pierwszej klamki. Wpinam się do haka, wychodzę z przewieszenia i z dużą ulgą przewijam się wyżej. Udało się! Jeszcze kilka metrów skupienia (nadal trzeba się wspinać) i dołączam do zespołu przed nami na kolejnym stanowisku, gdzie ucinamy sobie dłuższą pogadankę. Ściągam Anię, która poza problematycznym mokrym miejscem przechodzi całość sprawnie i bez haczenia 😊.

Siódmy wyciąg jest bardzo ładny i prowadzi wzdłuż rozszerzającej się rysy więc można się trochę poklinować, ósmy jest najłatwiejszym na całej drodze i wprowadza do wielkiej nyży pod okapami. Stąd skośnie w lewo wspinamy się przyjemnym litym czwórkowym terenem i na wielkiej półce pod kolejnymi trudnościami zmieniamy się raz jeszcze. Dziesiąty wyciąg rozpoczyna się kilkoma ciekawymi ruchami w skalnych wymyciach, po czym łatwym terenem doprowadza do czwórkowego komina. Ania trochę błądzi, w końcu jednak wychodzi z gładkich płyt i zmęczona pyta czy poprowadzę ostatni wyciąg 😊 Ten oferuje na początek kilka metrów ciekawego wspinania w kominie, po czym dochodzi do dużej półki, skąd można wyjść łatwo na szczyt. Można – ja bowiem daję namówić się stojącemu na ostatnim stanowisku Włochowi (robili Rumeni Strah, która wychodzi ze ściany jak Velebitaski) na jakiegoś dziwnego balda bez asekuracji, co zapewnia mi dodatkowe chwilę emocji na koniec. Chwilę później dołącza do mnie Ania, rozwiązujemy się i podchodzimy na nieodległy szczyt, skąd podziwiamy śródziemnomorskie krajobrazy. Jeszcze godzina zejścia szlakiem na parking i można jechać do Starigradu na zasłużoną pizzę.

Na drodze zeszło nam 7 godzin, przy pustej ścianie i nie skracaniu wyciągów spokojnie jednak można byłoby wyrobić się w 4-5. Dłuższy czas przejścia jednak zupełnie nam nie przeszkadzał, można się było bowiem spokojnie delektować poszczególnymi odcinkami drogi, a kilka z nich jest na Velebitaski naprawdę ciekawych. Przy okazji mogłem też dobrze pooglądać ścianę pod kątem przyszłych planowanych wspinów, w okolicy jest jeszcze kilka świetnych linii do zrobienia 😉