15/06/2019Tagi: Tatry Wysokie,Dolina Staroleśna,Wspinanie górskie lato,

Vsetko v poriadku, Mały Lodowy Szczyt

Początek letniego sezonu w Tatrach to czas niższych, wystawionych na Słońce ścian. Takie niewątpliwie znaleźć można w Dolinie Staroleśnej, dlatego też tym razem wybieramy się właśnie tam. Pakujemy się na dwa dni z zamiarem noclegu w Zbójnickiej Chacie i wspinania pierwszego dnia na Małym Lodowym Szczycie (słow. Siroka Veza), drugiego na Ostrym, na którym pojawiła się ponoć jakaś nowa ładna linia. W końcu jednak wracamy w sobotę po zrobieniu jednej drogi, spod drugiej bowiem przegania nas burza z gradem, a niedzielne prognozy zniechęcają nas do pozostania na noc.

Jak wiadomo na ścianie pod którą stajemy, największym klasykiem jest droga Motyki (już zrobiona), ściana oferuje jednak również kilka innych ciekawych linii jak na przykład Maskov Kut (też już na koncie) czy Vsetko v poriadku. Ostatnia droga zachęca pięknym kluczowym wyciągiem, który omija charakterystyczną formację w środku ściany zwaną „sercem” i wyceniany jest na VI(+)/VII-. Wg oficjalnego schematu droga ma 8 wyciągów ale z opisów na Internecie wynika, że niektóre z nich można łączyć a dwa ostatnie przejść już na lotnej.

W Kotlinie Strzeleckiej śniegu jest jeszcze bardzo dużo, żeby wystartować w drogę suchym butem, konieczne jest rozłożenie się na półce skalnej już w ścianie. Pierwszy odcinek jako jedyny na całej drodze nie zachęca wyglądem – prowadzi systemem pęknięć w poprzetykanej trawą płycie, asekuracja wyłącznie z własnego sprzętu. Łączę ten i kolejny wyciąg w jeden (IV+) i dochodzę do stanowiska na trawiastej półce pod „sercem”, skąd jak na dłoni widać najtrudniejszy fragment drogi.

Gdy dołącza do mnie Ania, chwilę analizuję jeszcze co mnie czeka i ruszam. Pierwsze metry to krótka płytka i ładne, piątkowe zacięcie z dość skromną możliwością asekuracji. Na szczęście tuż nad nim, pod kluczową przewieszką, jest zaklinowany friend oraz hak z taśmą. Wpinam się w oba punkty i próbuję dobrze poskładać się do wyjścia nad okap. Po chwili okazuje się jednak, że wygląda straszniej niż jest w rzeczywistości – znajduję dobre chwyty, ustawiam nogę na małym stopniu i szybko wychodzę wyżej. Tak jak pisze Damian w opisie drogi na drytooling.com.pl – słowackie VII- to raczej nie jest, bardziej VI/VI+. Po przejściu cruxa powyżej czeka jeszcze bardzo ładny fragment - zacięcie z rysą, gdzie nadal trzeba uważnie się wspinać i zostawić sobie odpowiednią liczbę sprzętu do asekuracji i ekspresów 😉 W końcu docieram do stanu (jak wszędzie – 2 haki) i w palącym Słońcu obserwuję jak z wyciągiem sprawnie radzi sobie moja partnerka, przy okazji robiąc jej całą serię fajnych ujęć.

Kolejny wyciąg to piękna i świetnie urzeźbiona płyta, z małą przewieszką po środku – oryginalnie obchodzi się ją po lewej stronie, ja jednak robię tutaj małe prostowanie (trudności ok. V). Dochodzę do kolejnego stanu i postanawiam z niego skorzystać, choć można ciągnąć wyżej i przejść ciągiem jeszcze jeden odcinek. Z miejsca gdzie stoję mogę jednak cieszyć oko wspinającą się po płycie Anią 😊 Po chwili ruszam dalej – na początek ładnym zacięciem (IV+), później szerokimi pęknięciami w płycie. Nie zatrzymuję się w miejscu kolejnego wg schematu stanowiska i przechodzę łatwiejszy już fragment (III) doprowadzający pod spiętrzenie szczytowe, doskonale widoczne na jednym ze zdjęć. Do końca można podejść już na lotnej lub rozwiązanym, ja jednak wynajduję jeszcze krótki wspinaczkowy fragment i przechodzimy go na sztywno kończąc tuż pod wierzchołkiem.

Drogę kończymy po 3 godzinach, chwilę podziwiamy jeden z najładniejszych widoków w Tatrach i w 40 minut wracamy  do plecaków – najpierw ścieżką na Czerwoną Ławkę, kawałek szlakiem i dalej twardym śniegiem pod ścianę. Odpoczywamy i zastanawiamy się nad drugą drogą – nowe prognozy na niedzielę są fatalne, nie zostaniemy więc na noc w Zbójnickiej Chacie. Nasze rozważania przerywa nadejście czarnej chmury, któremu towarzyszą ciche pomruki w oddali. A więc nie tylko nie będzie dalszego wspinania jutro, nie będzie go i dziś… Udaje nam się spakować i zejść kilkadziesiąt metrów, po czym zaczyna się gradobicie, które towarzyszy nam kolejne pół godziny na zejściu przez Strzeleckie Pola. Nie ma co narzekać, kolejny piękny dzień w Tatrach za nami i Wszystko w porządku 😉