08/07/2019Tagi: Alpy,Dolomity,Wspinanie górskie lato,

Kasnapoff, Seconda Torre del Sella

W planach był kilkudniowy pobyt w Tatrach, temperatury bliskie zeru spowodowały, że w ostatniej chwili postanawiamy jednak, że pojedziemy w cieplejsze rejony. Kilka dużych ścian odpada z powodu braku stabilnej pogody, prognozy na Dolomity wyglądają lepiej, na dodatek bliskie podejścia i duża różnorodność powodują, że zawsze „coś się podziała”. Szybko przeglądam swoje zapiski w przewodnikach, pakujemy się i ruszamy. Mam kilka dróg na oku, konkretnego planu jednak brak - będziemy decydować dzień po dniu gdzie śpimy i po czym się wspinamy. Już po drodze postanawiamy, że kierujemy się na Przełęcz Sella – pod piękne Turnie mamy 20 minut spaceru, w zależności od pogody i samopoczucia po 10 godzinach nocnej jazdy można wybrać drogę na jednej z nich.

Na przełęcz (2240 m.) docieramy przed południem, podwójne włoskie espresso pomaga trochę się ogarnąć i zdecydować co robimy. Dwa lata temu wspinałem się wraz z Jackiem i Grześkiem na Pierwszej Turni Vinatzerem (LINK). Tym razem wybieramy drugą wieżę (Seconda Torre del Sella), przez chwilę spoglądamy w kierunku Demetza, na której kusi piękne zacięcie, finalnie jednak decydujemy się na drogę Kasnapoffa. Jest to jeden z wielkich klasyków, według opisów oferujący piękne wspinanie po bardzo stromej, lecz świetnie urzeźbionej ścianie. Trudności głównie piątkowe (z jednym wyciągiem VI- który w razie czego można obejść), 370 metrów długości (ok. 10 wyciągów) i w miarę szybki powrót pod ścianę – powinniśmy wyrobić się w kilka godzin. Będzie tylko chłodnawo – Druga Turnia ma 2598 metrów, droga zaczyna na północnej wystawie, później przechodzi jednak na północno-zachodnią, na koniec złapiemy więc trochę Słońca.

Przed nami jest jeden zespół, któremu depczemy po piętach przez pierwszą część drogi – później skręcamy na trudniejszy wariant i spotykamy się ponownie dopiero pod szczytem. Początkowe wyciągi nie są jeszcze zbyt atrakcyjne – zaczynamy od trawersu w stronę kantu, po wspinamy się system pęknięć i kominów. Gotowych stanowisk z haków jest więcej niż na niektórych schematach i zlokalizowane są co ok. 30 metrów. Na naszym czwartym wyciągu z zacięcia wchodzę w trawers prowadzący pod żółte przewieszki – to tam prowadzi bardziej ambitny wariant drogi. Wspinanie od razu robi się dużo ciekawsze. Ściągam Anię i ostrożnie wstawiam się w miejsce za VI-, wygląda trudniej niż jest w rzeczywistości więc idzie gładko. Po drodze jest jeszcze fajne zacięcie i trafiamy na wielką półkę, gdzie zaczyna się ciąg pięknego wspinania w pionie (3 długie wyciągi w trudnościach V/V+, co jakiś czas haki). Tutaj można już poczuć słynną „dolomitową” lufę, towarzyszącą nawet na łatwiejszych fragmentach. Po drodze pojawia się kilka różnych wariantów przejścia, na prowadzeniu wybieram takie, które wydają się najciekawsze. Przedostatni wyciąg to płytka za IV+, oferująca świetne wspinanie po małych kieszonkach. Na koniec mamy jeszcze do pokonania trójkową grań i po czterech godzinach od rozpoczęcia wspinania stajemy na szczycie. Kilka minut cieszymy oczy niesamowitym widokiem (ech ten kontrast zieleni i wyrastających z niej ogromnych skał!) i ruszamy w dół. Na początek zjazd pomiędzy turnie, później czujny miejscami down-climbing po wyraźnej ścieżce (w razie potrzeby są dalsze punkty zjazdowe), taka opcja się nam narzucała, mimo iż w opisie jest trochę inaczej…

Podsumowując – Via Kasnapoff prawie na całej długości oferuje bardzo przyjemne wspinanie w dużej ekspozycji. Po drodze do wyboru mamy sporo wariantów, również w ramach poszczególnych wyciągów – świetna zabawa w dobrej skale gwarantowana.