26/07/2019Tagi: Tatry WysokieDolina Białej WodyMłynarczykWspinanie górskie lato

Młynarczyk - zapoznanie ze ścianą

Drugiego dnia obozu ruszamy pod Młynarczyka z nieśmiałym zamiarem spróbowania Szewskiej Pasji (VII+). Trudności są ponoć dobrze obite, więc mimo iż droga może okazać się dla nas za trudna, postanawiamy spróbować. Wiemy, że samo dotarcie pod ścianę jest przygodą samą w sobie, nie spodziewamy się jednak, że aż TAKĄ 😉 Przechodzimy przez mostek za taborem i zaczyna się walka z przyrodą – najpierw las zarośnięty i żywy jak z baśni o elfach, później dwa głazowiska, następnie krzaki po klatę i na koniec strome trawy. Oczywiście mocno sobie skomplikowaliśmy dojście brakiem znajomości terenu, dlatego zamiast 30 widniejących w opisie minut kończy się na 90.

Dotarcie pod ścianę nie oznacza jednak w przypadku Młynarczyka dotarcia pod drogi, te bowiem w większości startują 50 metrów wyżej, u szczytu wielkiego trawiasto-skalnego progu… Najsłabszym punktem progu jest czwórkowy, parchaty przewieszający się kominek, który należy pokonać by dostać się wyżej. Na topo ściany zaznaczona jest w tym miejscu poręczkówka, na miejscu okazuje się jednak, że leży poniżej… W kominku dziś mocno się leje, brak asekuracji, a próba jego przejścia w wykonaniu Szymona kończy się ryzykownym wycofem. Trochę nam wstyd, że pokonał nas czwórkowy teren, brak poręczówki w tym miejscu to jednak duże niebezpieczeństwo – lot z kominka grozi co najmniej poważnym połamaniem. Nie poddajemy się jednak i proponuję inną opcję dojściową – pokonanie dwóch pierwszych wyciągów z drogi Pasja, startującej z chaszczy pod ścianą.

Nie daliśmy rady wejść za IV, wchodzimy więc za VII- 😉 Obicie na pierwszym wyciągu okazuje się mocno górskie, Szymon jednak staje na wysokości zadania i nie bez problemów, ale jednak go przechodzi. Drugi wyciąg jest łatwiejszy (IV+) i po jego pokonaniu nareszcie (po 4 godzinach!) stajemy pod Szewską Pasją. Niestety jest za późno (za 2-3 godziny ma padać) by w drogę wchodzić, poza tym straciliśmy za dużo energii i nerwów by mieć jakiekolwiek szanse. Wdrażamy plan awaryjny – kosówkami i gęstymi trawami (tym razem już w ścianie), trawersujemy pod Lewy Filar (VI). Dostajemy jednak kolejnego pstryczka – pierwszy wyciąg jest mocno zalany i próba jego sforsowania kończy się wycofem. Ostatecznie poddajemy się i trzema długimi zjazdami wracamy w krzaki pod ścianę.

Dostaliśmy solidną lekcję pokory, nie odpuściliśmy jednak łatwo i poznaliśmy trochę ścianę. Jak to mówią „Kto próbuje ten może przegrać, kto nawet nie spróbował już przegrał”. Na pocieszenie pozostaje fakt, że o 15-tej faktycznie zaczyna padać więc i tak zmuszeni bylibyśmy do wycofu z Filara. Wieczorem z pozostałymi klubowiczami urządzamy imprezę przy ognisku i marzymy by kiedyś na obozie w Tatrach nie padało 😊 Następnego dnia rano wita nas jednak ulewa, pozostaje więc jedynie spakować graty, zejść ze smutkiem na parking i umówić się na Jurę w niedzielę…