14/07/2020Tagi: AlpyAlpy - AustriaAiguille des Grands CharmozWspinanie górskie lato

Filar Cordiera, Grands Charmoz

Wycena: VII   Wycena uzupełniająca: TD 6b   Długość [m]: 850   Wyciągi: 24   Czas [h]: 11   Wystawa: W   Ocena: 8/10   Komentarz: 650 m. deniwelacji   

Jeden z długich, czysto-skalnych klasyków rejonu Mont Blanc – jego linia jest świetnie widoczna z centrum Chamonix, najładniej prezentuje się przy zachodzącym Słońcu. Droga jest sama w sobie świetnym celem, a jednocześnie może robić za porządny rozwspin przed czymś trudniejszym wysoko w górach – ponad 20 wyciągów przy dobrej dostępności (z Plan de l'Aiguille) oraz przystępnej wysokości (2800-3445 m) to świetna rozgrzewka i aklimatyzacja. Tak było i w naszym przypadku podczas wyjazdu, którego celem głównym był Filar Gervasuttiego na Mont Blanc du Tacul.

Na początek naszej przygody zmierzyć musimy się jednak z komplikacjami – plan zakładał dojazd na miejsce w poniedziałkowe popołudnie, wyjazd kolejką na Plan, rozbicie namiotu, odpoczynek i rozpoczęcie wspinania o świcie dnia następnego, ewentualnie w przypadku lepszych prognoz na środę zrobienie we wtorek czegoś krótkiego na Filarze Aiguille de Blaitière. Niestety, w związku z nieplanowanym kilkugodzinnym opóźnieniem wyjazdu, do Chamonix docieramy dopiero w poniedziałek późnym wieczorem, a ponieważ w środę ma lać, pozostaje jedynie opcja „intensywna i niepewna” czyli start z kolejki rano, rozbicie namiotu na podejściu, wspinanie, nocne zjazdy, krótka regeneracja, zwinięcie bazy i powrót do miasta, a wszystko przy niezbyt przyjemnej pogodzie (zimno, chmury i przelotne opady).

Postanawiamy jednak podjąć rękawicę i nie „iść zrobić drogę” a „iść się fajnie powspinać” (zgodnie z maksymą, że celem jest droga a nie jej koniec 😉) - ile zrobimy, tyle zrobimy. Początek napawa optymizmem – jesteśmy pierwsi w kolejce, podejście mija szybka, namiot szybko rozbijamy w świetnym miejscu, pod drogą meldujemy się przed 10-tą , pogoda rokuje przynajmniej na kilka godzin, a spręż jest na wysokim poziomie. Prowadzić będziemy na zmianę z Szymonem, dla Michała jest to pierwsze alpejskie wspinanie – decyduje się więc na zbieranie doświadczenia „na trzeciego” i dociążenie plecaka, tak by prowadzący szedł na lekko. By wspinanie było komfortowe i szybsze, postanawiamy również nie zabierać ze sobą górskich butów na zjazdy – oj ponarzekamy na to w nocy, gdy zawieje i sypnie śniegiem 😉.

Zaczynamy łatwym wyciągiem doprowadzającym pod ciasne zacięcie (VI-) – zarówno na drugim, jak i kolejnym (V+) wyciągu trzeba się już wspinać, szczególnie przy niskiej temperaturze i braku rozgrzewki jest kwadratowo. Czwarty i piąty wyciąg łączymy w jeden – na początek łatwy trójkowy teren z dużymi blokami, następnie trawers i dość sprężne (VI) zacięcie z rysą. Zmieniamy się i dwa kolejne łatwe wyciągi również robimy na raz – na początek wyjście na półki za igłą, potem ostro w prawo wzdłuż charakterystycznej poziomej rysy. Na wyciągu 8 i 9 czeka nas bardzo ładne wspinanie w rysach – oba odcinki (V+ i V-) prowadzę na jedną długość liny. Wyciąg kolejny (VI+) to bardzo ładna łukowata rysa na palce, asekuracja siada świetnie więc można delektować się wspinaniem. Przechodzę jeszcze wyciąg następny (przyjemne zacięcie za V+) i oddaję prowadzenie Szymonowi. Wyciąg 12-ty jest jednym z ciekawszych na drodze i prowadzi tuż obok żółtej turni, kilka ruchów za VI+ nie pozwala na nudę. Na następnym wyciągu czekają nas przyjemne odciągi (V-) pomiędzy płytami , wyciąg 14 to piękne zacięcie i okapik wyglądający na trudniejszy niż jest (V+). Na wyciągu 15-tym wspinamy się w kącie obok kolejnej turni (V+), a następnie rysą w lewo do stanowiska pod łatwym terenem – kolejne 20 metrów kruchego terenu wyprowadza nas na duże półki z charakterystyczną przełączką, powyżej czeka nas już wspinania na ścianie czołowej górnej części filara.

Naradzamy się kilka minut co robić – zgodnie z prognozami pogoda pogarsza się, jednak ponieważ jesteśmy powyżej punktu izotermy z nieba nie leci deszcz, lecz delikatny śnieg, który nie moczy ściany – poza odrętwiałymi palcami jest więc ok 😊. W końcu podejmujemy decyzję by wspinać się tak wysoko jak damy radę – wycofamy się od razu gdy zacznie mocniej padać lub po prostu nie będziemy w stanie trzymać się skały. Na wyciągu 18-tym idę niestety za bardzo w prawo, co powoduje, że na kolejnym wyciągu czeka nas niespodziewana trudność – przewieszony fragment doprowadzający do właściwej drogi, na którym dość mocno się wypompowuję. Szymon przejmuje prowadzenie – czas nas wyciąg nr. 22 (6b), wg mnie najładniejszy na całej drodze – na 40 metrach mamy do przejścia ryskę z dilfrem, połogą płytę i ciasne zacięcie – bellissima! Po takim odcinku kolejny, z rysą za V+, to już formalność, wyżej czeka nas jednak stresujący wyciąg nr. 22 z przerysą (6b). Zbieram się kilka minut, rozgrzewam palce i głośno narzekam, że wbrew opisom nie zdublowaliśmy cama nr 4 – psycha przy pakowaniu dopisywała, teraz jest gorzej 😉. Ostrożnie wspinam się metr po metrze, a gdy już nie da się wyżej przesuwać mojego największego przyjaciela, przychodzi pora na kilka odważnych ruchów i jestem przy stanie. Ściągam kolegów i ruszamy dalej – kolejne 50 metrów prowadzi łatwymi (V-) zacięciami i rysami, nie zatrzymuję na stanowisku i ostatni odcinek wyprowadzający na grań dociągamy na lotnej – nie było to zbyt rozsądny pomysł bo na wyciąganiu liny tracę mnóstwo siły.

Drogę kończymy o 21, przez chwilę zastanawiamy się czy przedłużyć wspinanie o dodatkowy wyciąg granią na szczyt (inna linia zjazdów na początku, info w topo), ponieważ jednak pogoda robi się coraz gorsza i zbliża się noc, od razu zabieramy się do powrotu. Zjazdy okazują się wyzwaniem dużo większym niż samo wspinanie – 9 godzin pracy daje nam psychicznie i fizycznie w kość – gęste chmury zmniejszają widoczność do kilku metrów, mocno wieje, a około północy zaczyna się dwugodzinny opad śniegu. Mimo iż wracamy w linii drogi, warunki powodują, że każdy kolejny odcinek to stresujący zjazd – w gęstej chmurze nie widać formacji, którymi się wspinaliśmy, a powroty po błędnym zjeździe lub po zaklinowaną linę na zalodzonej skale wymagają opanowania i mobilizacji. Jesteśmy jednak cierpliwi i dobrze ubrani (oczywiście poza butami wspinaczkowymi na nogach 😉), wystrzegamy się poważniejszych błędów i o 7 nad ranem stajemy z powrotem na lodowcu pod ścianą. Po dotarciu do namiotu napięcie schodzi z organizmu i przez kilka kolejnych godzin (oraz kolejny dzień już w mieście) mocno odreagowujemy ciężką noc. Tak to już czasami w górach bywa, że samo wspinanie to czysta przyjemność, a poza nim trzeba się sporo napracować i wytrzymać psychicznie, by skutecznie i bezpiecznie wrócić do punktu wyjścia.

PS. Dobry opis i porady dotyczące drogi znajdziecie na stronie KW Kraków (LINK), co do topo to najlepiej sprawdziło się niemieckie Topoguide – załączam.