18/07/2020Tagi: AlpyAlpy - FrancjaMont Blanc du TaculWspinanie górskie lato

Filar Gervasuttiego, Mont Blanc du Tacul

Wycena: VI+   Wycena uzupełniająca: TD+ 6a   Długość [m]: 1200   Wyciągi: 26   Czas [h]: 17   Wystawa: E   Ocena: 9/10   Komentarz: 850 m. deniwelacji   

Jedna z najbardziej znanych dróg w rejonie Chamonix, forsująca skalne bastiony wschodniej ściany Mont Blanc du Tacul (4 248 m.), wymarzony cel niejednego wspinacza górskiego 😊. Do drogi trzeba było oczywiście 'dorosnąć’ oraz wstrzelić się w dobre warunki – zarówno jeśli chodzi o brak opadów, jak i odpowiednią temperaturę – za wysoka powoduje, iż droga robi się niebezpieczna. Gdy więc nadchodzi odpowiednia pora, kompletujemy 3-osobowy skład, przygotowujemy plan działania i ruszamy. Po aklimatyzacji i rozwspinaniu na Filarze Cordiera, odpoczywamy cały dzień w mieście i przez Aiguille du Midi docieramy na Vallée Blanche – pierwotnie planowany był nocleg w namiocie, finalnie decydujemy się na schronisko Cosmiques.

Po odpoczynku i obowiązkowej kawce na oferującym niesamowite widoki tarasie Schroniska, idziemy z Szymonem (Michał odpoczywa, jutro mocno doładujemy mu plecak skoro ma nie prowadzić 😉) na rekonesans w okolice naszego celu – dzięki temu oszczędzamy sobie błędnego podejścia po ciemku dnia następnego. Po powrocie jemy do oporu i pijemy kilka litrów wody – wiemy, że w dniu akcji działać będziemy na sporym deficycie. Po kolacji zachwycamy się dłuższy czas zachodem Słońca nad chmurami, omawiamy strategię, pakujemy plecaki i udajemy się na spoczynek – o normalnym śnie nie ma mowy, adrenalina nie pozwala. W nocy jest bardzo zimno, ruszamy więc później niż planowaliśmy i upatrzoną już wcześniej trasą około godziny 6 docieramy pod nasz cel - Filar Gervasuttiego. Na miejscu czeka nas nieprzyjemna niespodzianka – pod ścianą są 2 włoskie zespoły, szykujące się do startu wariantem rysą wprost (6b). Decydujemy się więc rozpocząć wspinanie z lewej strony – gdy szczelina brzeżna na to pozwala, a tak akurat jest, to opcja najkorzystniejsza. Po chwili dosięga nas Słońce – z jednej strony robi się bardzo przyjemnie (możemy się rozebrać i ściągnąć rękawiczki), z drugiej niebezpiecznie – w momencie z góry zaczynają latać wytapiane z kruchego terenu kamienie, świszcząc nam koło głów przez pierwsze 3 wyciągi.

Cały pierwszy odcinek nie jest trudny (V+) ale zaskakująco nieprzyjemny – skała jest mocno wypolerowana i miejscami słabo urzeźbiona. Kierujemy się do góry i lekko w prawo, można zatrzymać się na stanowisku pośrednim pomiędzy blokami lub iść na całą długość liny do łańcucha. Drugi wyciąg według opisu zaczyna się trawersem w prawo i odbija do góry – ja poszedłem jednak za daleko i władowałem się w nieprzyjemny teren, z którego zaliczyłem wycof. W końcu idziemy ze stanowiska pionowo do góry obok liny poręczowej, tak zrobili przed nami Włosi i tak jest w innym schemacie, którym dysponujemy – trudności ok. VI-. Trzeci wyciąg, według topo piątkowy, zaskakuje śmiałością – zaczynamy powietrznym trawersem w lewo, po czym ostro do góry zacięciem w filarze, które wyprowadza nas w łatwiejszy teren – na lewo odchodzi wyraźny trawers do Superkuluaru. Tutaj myli nas błędny opis, którym dysponujemy i Szymon gubi się, szukając turnicy, której nie ma 😊. Wracam na prowadzenie i jak puszcza (mnóstwo wariantów na czwartym wyciągu) kieruję się łatwą granią lewo w kierunku charakterystycznych szarych kominów prowadzących do pęknięcia pomiędzy turniami w Filarze.

Robi się trochę nerwowo, straciliśmy sporo czasu i nie poruszamy się za szybko, rozważamy wycof - na szczęście od tego momentu skała robi się zdecydowanie lepsza, a tempo naszej wspinaczki wyraźnie wzrasta. Trzy kolejne wyciągi (5-6-7, ok. 150 metrów) to lite i niezbyt trudne (ok. V) zacięcio-kominy z wielkimi pionowymi rysami  - są bardzo ładne i nie wymagają gęstej asekuracji, przechodzi się je więc bardzo szybko. Po osiągnięciu przełączki w Filarze czeka nas przewinięcie na północną stronę – tutaj wybieramy popularny kilkunastometrowy fragment A0/A1, po przejściu którego wracamy na grań (stanowisko od razu nad ścianką). Wyciąg 9 to prawie 60-metrowy eksponowany trawers po prawej stronie grani (w zależności od topo IV+ albo VI-), jeżeli śnieg nie przeszkadza, nie ma konieczności wchodzenia na ostatnią turnię i zjeżdżania z niej, a można ją ominąć – oszczędzamy sporo czasu. Wspina mi się bardzo dobrze, prowadzę więc dalej - spod strzelistej turni pochodzi się kilka metrów łatwym terenem i do pokonania mamy piękny, 70-metrowy ciąg kominów i rys na lewo od ostrza filara (wyciąg 10 i 11, trudności V-kowe).

Dochodzimy do wielkich głazów i doganiamy Włochów, którzy wcześniej zamiast w kominy weszli w ściany filara, gdzie mocno podżyli 😉. Niestety gubią się i na kolejnym, 12 wyciągu, na dodatek tym razem idę w ich ślady (niejasne topo też nie ułatwia zadania w tym miejscu). Zamiast iść narzucającym się zacięciem z lewej strony, wchodzę cienkim flejkiem na turnicę po prawej (jest tam nawet jakiś stan), skąd po ściągnięciu chłopaków czeka stresujący i słabo asekurowalny trawers w lewo po ściskach (ok. VI), którym dochodzę do kolejnego, właściwego już stanowiska przed wyciągiem 13. Kolejny odcinek jest teoretycznie najtrudniejszym na całej drodze (6a) i prowadzi pięknym szerokim kominem z pionowymi chwytami.

Po przejściu tego wyciągu żegnamy się ze Słońcem i przechodzimy na północną, mikstową stronę filara. Oddaję prowadzenie Szymonowi i ubieram buty górskie, chłopaki dzielnie postanawiają wytrwać do końca w butach wspinaczkowych, za co ich podziwiam 😉. Wyciągi 14 i 15 (uwaga – w topo Biszona opisane jako 14-15-16 więc od tej pory jest rozbieżność z opisem na DT) to nieprzyjemne trawersowanie w kruszyźnie (trudności IV-V), Włosi idący przed nami kompletnie nie potrafili poruszać się w tym terenie i musieliśmy sporo odczekać by oddalili się na bezpieczną odległość – w naszym kierunku zrzucili kilka naprawdę sporych głazów. Na wyciągu 17 (trzymając się numeracji z topo) do pokonania mamy dość wymagające 20-metrowe przylodzone zacięcie (V+ albo ponoć M6 jak trzeba z dziabami) po lewej stronie, po jego przejściu najlepiej od razu zaliczyć od razu kolejny, 18 wyciąg – łatwy komin (IV). Ze stanowiska trawersujemy w prawo i podchodzimy kilka metrów do góry, skąd około 30-metrowym zjazdem dostajemy się do zalodzonego żlebu, ograniczonego mrocznym kominem, którym prowadzi wyciąg nr 20.

W kominie mimo niskiej wyceny (IV+) musimy się mocno napracować i nakombinować by ominąć zalodzone fragmenty, po wyjściu na przełączkę pojawia się widok na dalszą część drogi – około 200 metrów łatwego (II-III) ale bardzo kruchego terenu. Czekamy aż ustaną kamienne lawiny puszczane przez wspinających się przed nami i najdelikatniej jak potrafimy, z krótką lotną asekuracją, przechodzimy to pole minowe – aż strach pomyśleć jak jest tutaj przy wyższej temperaturze… Z rozpędu, nie zatrzymując się, przechodzimy jeszcze wyciąg 22, wyprowadzający na przełączkę (ok. IV) i przyglądamy się odcinkowi mikstowemu, który nas czeka. Włosi wspinają się od tego momentu w rakach i z dziabami, my postanawiamy iść klasycznie (i na lotnej) dopóki będzie się dało – Szymon sprawnie przeprowadza nas przez wyciągi 23 i 24 (IV-V) wspinając się po głazach powtykanych pomiędzy lód i stromym zacięciem pod koniec.

W tym miejscu kończy nam się światło dzienne, ostatnie dwa odcinki przyjdzie pokonać nam po ciemku i przy dość silnym wietrze – stres i zmęczenie dają znać o sobie, po chwili odpoczynku ponownie zmieniamy się na prowadzeniu i wracamy do pracy. Wyciągi 25 i 26 prowadzą wzdłuż lub ściśle eksponowaną granią, wrażenie robi szczególnie ostatni fragment (w zależności od topo V lub VI) z rysą w ostrzu grani – prowadzenie tych kilku metrów w ciężkich butach, z zamarzniętymi palcami i przy świetle czołówki zapamiętam na długo, na szczęście pozytywnie 😊. Końcówka drogi to łatwy trawers do śnieżnej grani, którą kierujemy się do góry, a następnie w prawo aż do szczytu.

Zanim ruszymy na ten fragment, robimy półgodzinną przerwę w zasłoniętej przed wiatrem nyży, ubieramy raki, gotujemy herbatę (postawiliśmy na palnik zamiast termosu w razie biwaku) i spokojnie ruszamy w kierunku wierzchołka, na który docieramy przed 1 w nocy. Pozostaje jeszcze mozolne zejście z Tacula drogą normalną (jedyne przeszkody to 3 szczeliny do przekroczenia, seraki akurat stabilne), które w porównaniu z całonocnymi zjazdami z Charmoza jest jednak dla nas czystą przyjemnością 😉 i o 3 meldujemy się z powrotem w schronisku, witani przez obsługę herbatą – oczywiście nie omieszkają skasować nas rano za pełen nocleg oraz śniadanie… Po krótkim spaniu oraz bardzo bolesnemu procesowi rozruszania poharatanych palców pakujemy się, jemy i zmierzamy na Midi, skąd kolejką wracamy do Chamonix i dalej w drogę powrotną – za kilkanaście godzin trzeba być w pracy... Przygoda dobiega końca, Filar Gervasuttiego pozostanie już jednak na zawsze częścią nas.