19/08/2020Tagi: AlpyDolomityMarmolada d'OmbrettaInneWspinanie górskie lato

Don Quixote, Marmolada d'Ombretta

Wycena: VII   Wycena uzupełniająca: oryg. VI+ war. 6b/6c   Długość [m]: 900   Wyciągi: 24   Czas [h]: 13   Wystawa: S   Ocena: 6/10   Komentarz: 6b A0, deniw. 750 m.   

Po trzech burzowych dniach spędzonych na niższych ścianach, nadchodzi okres lepszej pogody i decydujemy wybrać się na południową ścianę Marmolady, czyli największy mur skalny Dolomitów – szeroki na ok. 2 km, dochodzący do 900 metrów wysokości i oferujący ok. 200 dróg! Naszym celem jest jedna z najpopularniejszych linii, wyprowadzająca na wierzchołek Punta Ombretta i oferująca w większości przystępne trudności z dwoma bardziej wymagającymi fragmentami. Do wycen należy podchodzić jednak z dystansem, ściana ma swoją specyfikę - na niektórych teoretycznie łatwych wyciągach można się zdziwić, do tego wybierając trudniejsze warianty w górnej części drogi czekają nas dość wymagające odcinki za 6b i 6c.

Późnym popołudniem wyruszamy z naszego obozowego campu w Pozza di Fassa i jedziemy do Malga Ciapella, skąd w około 2 godziny docieramy do schroniska Falier. Ponieważ jest to dopiero pierwszy dzień po opadach, tłumów nie ma - z obecnych na Kichota wybiera się tylko 1 zespół, kilka pozostałych na słynną Drogę przez Rybę. Jemy porządną kolację i czekamy na Adriana i Marka, którzy zdecydowali się do nas dołączyć – chłopaki docierają już po zamknięciu schroniska, ale udaje się wynegocjować ich wpuszczenie 😊. Po dobrze przespanej nocy jemy śniadanie i krótko przed świtem ruszamy pod ścianę – startową rampę odnajdujemy bez problemu, pod startem drogi stawiamy się po ok. godzinie i chwilę później (ok. 7-ej) rozpoczynamy wspinanie.

Uwaga - dostępne schematy znacząco różnią się zarówno wycenami jak i przebiegiem poszczególnych wyciągów, do tego na drodze jest sporo wariantów – poniższy opis traktować należy więc orientacyjnie.

Pierwsze kilka wyciągów (ok. 120 metrów terenu III-IV) przechodzimy szybko na lotnej – droga jest ewidentna i prowadzi skośnie w lewo depresjami. Płytę do której dochodzimy można pokonać wprost (będzie trudniej i tak sobie z asekuracją) lub po lewej stronie. Na kolejnym wyciągu do pokonania mamy ciekawą szeroką rysę (IV-V), z której wychodzimy w prawo i kontynuujemy łatwiejszym terenem do stanowiska. Wyciąg 7 (trzymając się numeracji z topo nr 1, trudności do V+) to ładna lita płyta i wytrawersowanie spod przewieszek w lewo, do stanowiska pod kominem.

Przed nami dwa wyciągi (30m/ok. V+ i 35m/ok. VI-) „ciekawego” wspinania w zacięcio-kominach, braki w technice i plecak mogą spowodować, że łatwo nie będzie, dodatkowego smaczku dodaje brak możliwości założenia asekuracji na niektórych fragmentach – zarówno mi jak i Adrianowi dało się to we znaki na prowadzeniu 😉. Następny (10) wyciąg jest już dużo bardziej przystępny (IV-V), wychodzimy z zacięcia na filar i po przejściu całej długości liny docieramy w łatwy teren, którym osiągamy wielki taras odcinający dolną część ściany od stromych płyt i filarów powyżej. Od rozpoczęcia wspinania minęły ok. 4 godziny, nadal przed nami jednak 400 metrów deniwelacji, na dodatek z większymi trudnościami – jak się później okaże zejdzie nam na nich ok. 9 godzin…

Po krótkiej przerwie i oczekiwaniu na drugi zespół ruszamy dalej. Dwa pierwsze wyciągi nad rampą są łatwe (IV/IV+) - idziemy skośnie w prawo pęknięciem za brzydkimi kruchymi przewieszkami, a następnie płytą do stanowiska. Stąd kierujemy się najpierw w prawo, później skośnie w lewo dachówkowatymi skałami pod wielką nyżę. Jak to na tej ścianie bywa, trzeba uważać by nie wepchać się w nieasekurowalny i/lub kruchy teren – na drugim odcinku kilka metrów nad przelotem wyrywam dobry chwyt i ratuje mnie tylko złapanie innego w locie. Wyciąg 14 z dołu wygląda na dużo trudniejszy niż jest w rzeczywistości – wychodzimy z nyży przez uklamione przewieszenie (sporo haków, V+/VI) i po ok. 30 metrach docieramy do stanu. Następny odcinek jest całkiem fajny – wspinamy się ok. 50 metrów skośnym zacięciem (IV/IV+) wyprowadzającym w kierunku filara. Dalej (IV) startujemy kominkiem w lewo i dalej płytami do góry, aż do płaskiego fragmentu przy turni w filarze.

Kolejny wyciąg okazał się nie lada zagadką – wspinam się płytą do góry i docieram do zapychu – nade mną przewiesza się gładka skała, której bez asekuracji wolę nie próbować – zaliczam wycof z haka (był repik, zostawiłem mailon). W międzyczasie przodem ruszają koledzy – Marek zapycha się z kolei za bardzo w lewo, nie zauważając w połowie płyty rysy, którą trzeba wspinać się skośnie w prawo pod charakterystyczne zacięcie którym na pewno prowadzi kolejny odcinek. Adrian idąc na drugiego skręca gdzie należy, jego partnerowi pozostaje wykonanie stresującego trawersu do stanowiska, my idziemy już jak należy, choć na IV/IV+ to nie wygląda 😉. Przez zapychy tracimy dwie godziny… Po przejściu ładnego zacięcia (V) wspinamy się dalej płytą (V+) aż do stanowiska (wg topo nr 1 to druga część wyciągu 18 i wyciąg 19, linia w Rockfax jest od tego miejsca błędnie opisana). Wyciąg 20 prowadzi ładną i całkiem sprężną (V+, sporo haków) płytą, którą dochodzimy do stanowiska po lewej stronie od wielkiej przewieszki wybrzuszonej na filarze. Słońce chowa się za ścianą i momentalnie robi się zimno, palce grabieją, a przed nami dwa najtrudniejsze odcinki – po prowadzeniu 20 wyciągów mam dość i by ułatwić oraz przyspieszyć przejście podpinam się na trzeciego do chłopaków, ściągając za sobą Anię.

Ponieważ nie wiemy, że oryginalnie droga ucieka w lewo (VI/VI+) i opieramy się na schemacie z Rockfax, idziemy dalej narzucającą się łukowatą rysą w płytkim zacięciu, dopiero doganiający nas przewodnik uświadamia nas, że to 6b (VII, patrz topo). Wyciąg okazuje się faktycznie ciągowy i dość wymagający, szczególnie w jednym miejscu – Adrian daje jednak radę OS-em, a my podążamy jego śladem, w lepszym lub gorszym stylu - czyste przejście nawet na drugiego kosztuje sporo sił. By jeszcze bardziej utrudnić sobie zadanie (nieświadomie) na kolejnym wyciągu wbijamy się w wariant za 6c – oryginalnie droga prowadzi po lewej stronie (V+/VI+ w zależności od schematu). Wariant przez nas wybrany opisany jest w kilku opracowaniach (np. Camptocamp, taką samą wycenę podaje nam też Włoch idacy za nami), w Rockfax wspomniany jest tylko jako very hard variation i prowadzi zwieńczonym przewieszką zacięciem z rysą. Haków jest bardzo dużo, co jednak nie ułatwia samego wspinania – jeden fragment (i to wysoko) jest szczególnie wymagający i nawet nasz najsilniejszy zawodnik (Adrian) po długiej walce bierze blok i ściąga się z ekspresa (1xA0), idąc za nim wszyscy robimy to samo. Niska temperatura i zmęczenie na pewno powodują, że odbiór trudności nie jest całkiem obiektywny ale wg nas wycena zdecydowanie nie jest na wyrost.

Następny wyciąg (V+/VI, asekuracja taka sobie) prowadzi po ciekawej podziurawionej płycie, którą dochodzimy do rysy po lewej stronie filara. Ze stanowiska kontynuujemy rzeczoną rysą, która wyżej zmienia się w komino-zacięcie (V/V+). Po tym wyciągu zastaje nas ciemność, ostatni pokonujemy już przy świetle czołówek – jest sporo wariantów, my wybieramy płytę, która okazuje się nie taka prosta (ok. V) i słabo asekurowalna. Jesteśmy na szczycie i odczuwamy z tego powodu wielką ulgę – droga kosztowała nas więcej czasu, sił i nerwów niż zakładaliśmy… Po schowaniu części sprzętu oraz lin, posileniu się oraz kilku łykach niespodziewanego trunku jaki na górę wytaszczył Adrian (szacun!) kierujemy się najpierw do stanowiska zjazdowego opisywanego w Rockfax (pod północno-wschodnim wierzchołkiem), po chwili woła jednak za nami Włoch, że nowa linia z łańcuchami poprowadzona jest prosto z głównego szczytu (zob. dołączony opis w topo). Nie oponujemy i wracamy, tym bardziej, że stare stanowisko zjazdowe nie wzbudza zaufania – jeden z haków wyciągam palcami 😊. Po dwóch długich i niezbyt przyjemnych (okropne gruzowisko!) zjazdach wykonujemy jeszcze jeden dodatkowy (hak z mailonem) na lodowiec, tak by ominąć jego najbardziej stromy odcinek pod ścianą.

Ponieważ spóźniliśmy się (kilka godzin 😉) na ostatnią kolejkę, czeka nas nieprzyjemne zejście najpierw lodowcem, później polem kamienisto-lodowym (raczki się przydają!), a następnie odnalezienie wyjścia z niego, co po ciemku nie jest takie oczywiste. Dalej kontynuujemy drogą serwisową pod wyciągami, a następnie ścieżką prowadzącą częściowo trasą narciarską, kończącą się przy schronisku Fedaia. Ponieważ samochody mamy kilka kilometrów niżej, dzwonimy na camp z prośbą o poratowanie podwózką – Filip i Szymon pomagają (dzięki!), co oszczędza nam dodatkowej roboty w ten długi i męczący dzień.

Choć droga urodą mocno nas rozczarowała, a trudnościami zaskoczyła i nawet przerosła, samo przejście ściany daje jednak sporo satysfakcji. Warto wybrać się na nią przynajmniej raz – czy więcej to już kwestia subiektywna - ściana ma swój urok, Don Quixote wg nas nie jest jednak jej dobrą reklamą 😉.