21/08/2020Tagi: AlpyDolomityCima Grande di LavaredoWspinanie górskie lato

Comici-Dimai, Cima Grande di Lavaredo

Wycena: VII   Wycena uzupełniająca: VII/VII+   Długość [m]: 600   Wyciągi: 17   Czas [h]: 9   Wystawa: N   Ocena: 8/10   Komentarz:    

Północne ściany Tre Cime to wspinaczkowy symbol Dolomitów, a środkowa z nich to zarazem jedna ze słynnych sześciu 'wielkich alpejskich północnych ścian'*. Kilkusetmetrowe urwiska Cim przecina wiele legendarnych linii, spośród których jedną z najbardziej przystępnych, a zarazem najpopularniejszych w całych Dolomitach, jest dzieło Emilio Comiciego i braci DimaiCimy od północy przyciągają ale i onieśmielają – jest to miejsce, do którego trzeba wspinaczkowo dojrzeć, by móc się z nim bezpiecznie i w dobrym stylu zmierzyć. Kilka godzin po powrocie ze wspinania na Marmoladzie musiałem odpowiedzieć sobie na pytanie czy jestem gotów 😉.

Następny dzień to ostatni podczas obozu ze świetną pogodą, kolejna okazja by zrealizować jedno z największych wspinaczkowych marzeń pojawi się najwcześniej za rok - trzeba więc próbować! By jednak przygoda mogła się rozpocząć, potrzebny był gotowy do podzielenia się prowadzeniem partner – dobrze zapamiętałem bowiem opinie kilku znajomych o dużym ciągu trudności na kluczowych wyciągach. Do tego by przejść drogę czysto, wypada zrobić ją OS-em, na powtarzanie nie ma bowiem praktycznie szans – ogranicza nas nie tylko czas i utrata sił, ale również wywierające presję inne zespoły na drodze, z których jak się potem okaże większość wspina się w stylu A0 lub AF. Na podjęcie wyzwania decyduje się Romek, który jednak na camp wrócić ma późnym wieczorem, bo akurat jest w połowie Piz Ciavazes... Mam spore obawy co do naszych szans – jestem po kilku godzinach snu po 15-godzinnej akcji na Don Quixote, kolega będzie po całym dniu wspinania. Ostateczna decyzja zapada dopiero o 22-ej przy winie 😉. Pakujemy się i o 3 w nocy wyjeżdżamy – niestety czeka nas ponad 2 godziny jazdy. Idealnie byłoby spać w schronisku Lavaredo lub Auronzo, a przynajmniej gdzieś w okolicy Misuriny - ponieważ jednak nie ma takiej opcji, cała akcja przedłuży nam się o dodatkowe 5 godzin przejazdów w obie strony.

Po pokonaniu dziesiątek serpentyn docieramy na parking pod Tre Cime, skąd ruszamy najpierw na Przełęcz Lavaredo, a następnie trawersując pod ścianami - pod naszą drogę. Wykręcamy dobry czas podejścia, około 50 minut z auta, ścigając się z dwoma zespołami (lokalni przewodnicy z klientami), finalnie puszczamy ich w drogę przed nami - robili ją już wiele razy i chcą szybko wykonać robotę, niekoniecznie w klasycznym stylu. Wcześniej wspinanie zaczął już jeden zespół (który też puszcza przewodników, nas jednak sporo wstrzymuje), za nami podążają kolejne dwa. Podobno mogło być jednak gorzej, biorąc pod uwagę świetną pogodę oraz wysoką temperaturę – tzn. wysoką jak na Cimy ponieważ skała na północnej ścianie jest i tak bardzo zimna, co przy braku rozgrzania palców i przedramion stanowi spory problem w trudnościach. Przewodnicy twierdzą jednak, że „dziś to jest luksus” bo nie trzeba ubierać grubych puchówek oraz rękawiczek, wierzymy im choć dla nas i pozostałych przyjezdnych na pewno komfortowo dla efektownego wspinania nie jest 😊.

Droga zaczyna się łatwą (III) rampą, po przejściu której skręcamy w lewo do stanowiska pod wielką odstrzeloną płytą. Jeżeli pójdziemy na całą długość liny i wykorzystamy stanowisko w tym miejscu, na drugim wyciągu czekać na będzie krótki 20-metrowy odcinek (IV) szeroką rysą, doprowadzający do wygodnego stanowiska na półce. Od tego miejsca czeka nas 7 świetnych ale i wytężających wyciągów w przewieszającej się części ściany. Zanim zaczniemy nasze zmagania z trudnościami czeka nas jednak godzinne oczekiwanie aż przewodnicy oraz zespół który ich przepuścił przejdą pierwszy wyciąg, a ten jest chyba najmniej przyjemny ze wszystkich – na pewno również z powodu zdrętwiałych palców. Z lekkim niepokojem przyglądamy się jak prawie wszyscy przed nami łapią się przelotów…

Postanawiamy zmieniać się co 2 wyciągi - Romek śmiało stwierdza, że rozgrzewka mu nie potrzebna, rusza więc pierwszy i nie bez problemów ale jednak skutecznie przechodzi problematyczny trawers z bardzo słabymi, wyślizganymi stopniami (harde jak na VII-!) oraz małymi krawądkami. Po tym odcinku czeka nas jeszcze spionowany fragment po dobrych kieszonkach, którym docieramy (ok. 30 metrów, mnóstwo haków) do półwiszącego stanowiska, na którym musimy zmieścić się z asekurantem z zespołu przed nami. Prawie każdy kolejny stan aż do wyjścia z dolnej części ściany jest zresztą niewygodny i wymaga startu w trudności z wiszenia. Czwarty wyciąg (drugi trudności) prowadzi najpierw płytą, a następnie przewieszającym się zacięciem (VI+), stanowisko mamy po ok. 20 metrach na półce po prawej. Stąd czeka nas najpierw spory trawers w lewo, a następnie ciekawe komino-zacięcie (VI+). Wyciąg szósty to 20 metrów fajnego wspinania w spionowanej odstrzelonej płycie (VI), po którym zawisamy w stanowisku na małej półeczce. Na następnym odcinku (VII-) czekają nas dwa płytkie zacięcia z małymi ale pozytywnymi chwytami, kolejny bardzo ładny fragment drogi.

Czas na ósmy, wg schematów najtrudniejszy (VII) wyciąg – zaczynamy dobrą pionową rysą, po czym czeka nas kluczowy trawers do zacięcia po prawej stronie. Odcinek ten można przejść co najmniej na dwa sposoby – oba są raczej podobnie wymagające, ponieważ zarówno Romek jak i ja musimy ostro powalczyć by przejść go klasycznie. Kolega wykazuje się charakterem i wytrzymałością skutecznie wychodząc z opresji w najtrudniejszym miejscu i zapewnia nam OS-a, bez którego nie byłoby klasycznego przejścia – jak już wspominałem na wstępie, powtórka nie byłaby raczej możliwa. Przed nami ostatni z trudnych wyciągów (VI-) i wyjście z przewieszonej części ściany – zaczynamy od trawersu pod okap, który mijamy rysą po prawej stronie i gdy zaczyna zanikać, odbijamy do stanowiska na wygodnej półce po prawej. Bardzo ładny odcinek, który z powodu narastającego od kilku wyciągów „zbułowania” nie był wcale łatwy do poprowadzenia. Zresztą to właśnie ciągowy charakter wspinania na długości ok. 200 metrów powoduje, że mimo stosunkowo niskiej cyfry, o klasyczne przejście bez dysponowania sporym zapasem nie jest łatwo, a dziesiątki haków kuszą by odpuścić i się ich łapać.

Na półce odpoczywamy dłuższą chwilę i obserwujemy walkę z przesztywnioną liną w wykonaniu Niemki, która na teoretycznie łatwym kolejnym wyciągu zapchała się w trudności i głośno krzycząc walczy by z nich nie wylecieć. Ratujemy sytuację – ruszam za nią i wypinam dwa krótkie przeloty, dzięki czemu umęczone dziewczę zostaje uwolnione 😊. Przez chwilę zastanawialiśmy się czy nie wybrać (podobnie jak guide za nami) ciekawego wariantu Constantiniego, poziom zmęczenia powoduje jednak, że decydujemy się na oryginalny finisz. Po przejściu wspomnianego już wyciągu (wcale nie łatwy jak na IV+) i wyprzedzeniu niemieckiego teamu, pokonujemy dwa łatwiejsze odcinki depresjami (III-IV) i przewijamy się w prawo do pionowego zacięcia, które ponoć prawie zawsze jest zalane - stąd nazwa "wet pitch".

Kolejne 50 metrów (V do V+) odczuwamy jako wymagające, siłowe wspinanie nabija zmęczone przedramiona, mokre i zaglonione fragmenty dodatkowo utrudniają zadanie i stresują.  Po wyjściu z zacięcia czeka nas jeszcze jeden „ciekawy” wyciąg z eksponowanym trawersem nad dachem, który sam w sobie nie jest trudny (V) ale dojście do niego przy wyborze niekorzystnego wariantu może okazać się niebanalne. Wyciąg nr 16 prowadzi rysą, która przewiesza się na starcie – chyba byłem już wyczerpany bo dawno mnie tak żadna IV-ka nie sponiewierała 😉. Na ostatnim fragmencie (III+ do IV) nadal trzeba się wspinać, dodatkowo rozsądnie asekurować w kruchej skale przy wyjściu na tzw. Ringband Terrace czyli długą kolistą półkę odcinającą strome partie ścian od górnego spiętrzenia. Eksponowanym tarasem idziemy aż do przewinięcia na południowo-zachodnią wystawę, gdzie docieramy do Drogi Normalnej.

Mimo zmęczenia jesteśmy z Romkiem zgodni, że bez wyjścia na szczyt przygoda będzie niepełna, przebieramy więc buty na podejściówki, zabieramy jedną linę na zjazd i ruszamy do góry wyraźną rampą. Schowanym kominkiem dostajemy się do kolejnej rampy i po trawersie w prawo kolejnym przewężeniem docieramy w łatwy podszczytowy teren (w sumie ok. 20 minut od tarasu). Na wierzchołku Cima Grande stajemy po ok. 10 godzinach od wejścia w ścianę (sama droga zajęła ok. 9, w tym ok. 2-3 godzin postojów na stanach), humoru nie psują nam nawet gęste chmury zasłaniające widoki - mega klasyk jest nasz! Wracamy na taras (dwa krótkie zjazdy kominami po drodze, reszta zejście) i kontynuujemy nim aż do wielkiego komina, obok którego prowadzi droga klasyczna.

Zjazdy (po 20-30 metrów) i zejście idą nam bardzo sprawnie, gdy kolega zjeżdża i ściąga linę, ja wyszukuję już kolejnych fragmentów pomagając sobie schematem z Bernardiego – w żlebie pod drogą stajemy w niecałe 2 godziny od opuszczenia szczytu. Teren jest jednak bardzo złożony i w gęstej mgle lub po ciemku powrót mógłby przeciągnąć się do kilku godzin, o czym słyszałem już od kilku osób. Schodząc spod południowych ścian reklamuję Romkowi łatwiejsze, ale przepiękne drogi - Żółty Filar na Cima Piccola oraz Cassina na Cima Piccolissima, robione przeze mnie odpowiednio trzy lata i rok temu. Może to być zarówno świetny cel sam w sobie, jak również krok w przygotowaniach do przejścia drogi Comici-Dimai. Po piwku i obiedzie w Schronisku Auronzo czeka nas jeszcze spore wyzwanie w postaci dwuipółgodzinnej jazdy – kilkukrotnie odpływam na zakrętach, w końcu jednak szczęśliwie docieramy na camp. Warto podążać za marzeniami, nawet jak początkowo wydają się nierealne - gdy kilka lat temu po raz pierwszy zawitałem w Dolomity trzęsąc się na czwórkach powiedziałem sobie - zrobię kiedyś tę drogę 😊.

*ang. six great (classic) north faces of the Alps - Matterhorn, Cima Grande di Lavaredo, Petit Dru, Piz Badile, Eiger, Grandes Jorasses. Wszystkie te ściany w komplecie zostały zdobyte po raz pierwszy przez Gastona Rébuffata, który opisał to w książce "Gwiazdy i burze".