26/08/2020Tagi: AlpyAlpy - SzwajcariaPiz BadileWspinanie górskie lato

Cassin, Piz Badile

Wycena: VI+   Wycena uzupełniająca: TD 6a   Długość [m]: 1000   Wyciągi: 25   Czas [h]: 10   Wystawa: NE   Ocena: 9/10   Komentarz: 800 m. deniwelacji   

Prosto z obozu w Dolomitach przenosimy się z Anią do doliny Bergell (Val Bragaglia) w Alpach Retyckich, by przejść z jedną z najładniejszych dróg w Alpach, wytyczoną przez Riccardo Cassina na Piz Badile (3308 m.). Klasyk ten był na szczycie mojej listy odkąd zacząłem się wspinać i niewiele brakło, bym zmierzył się z nim już dwa lata temu podczas obozu w Val di Mello. Wtedy jednak, po ogromnym obrywie na Piz Cengalo, cała dolina Bondasca pozostawała zamknięta. Mimo to zrezygnowaliśmy dopiero w ostatniej chwili, już spakowani i na pocieszenie pozostał Gervasutti na Punta Allievi. Teraz potwierdziło się, że była to słuszna decyzja – planowaną trasą nie dotarlibyśmy pod ścianę. Góry i tym razem poczekały.

Gdy pod koniec pobytu w Dolomitach wypatrujemy trzydniowe okno pogodowe w okolicy Badyla, decyzja może być więc tylko jedna. Jak się bowiem można domyśleć, moja partnerka zafascynowała się drogą Cassina, gdy tylko się o niej dowiedziała i musiałem obiecać, że ją tam zabiorę 😊. W drodze do Szwajcarii robimy przystanek w Bolzano, gdzie zwiedzamy muzeum Messnera, po czym w poniedziałek docieramy do Bondo – miasteczka u wylotu Val Bondasca. Na parkingu niestety okazuje się, że Internet nie kłamie i również znaki pokazują, że nowym szlakiem poprowadzonym dookoła (zob. mapka) do schroniska Sasc Fura czeka nas 6 godzin podejścia oraz prawie 1400 metrów przewyższenia, do tego potem jeszcze około godziny i 400 metrów do miejsca biwakowego. Biorąc pod uwagę cały majdan na plecach (namiot, śpiwory, maty, gotowanie, sprzęt itp.) i mocno operujące Słońce, można się zniechęcić.

Wieczorem zatrzymujemy się na piwo w schronisku i… postanawiamy spędzić w nim noc oraz przesunąć całą akcję o jeden dzień – okazuje się bowiem, że z Polski dojechać dnia następnego mają koledzy i chcieliby wspinać się razem z nami! Nawet dobrze się składa – do środy ściana wyschnie (we wtorek będzie mokra po wieczornej ulewie), będzie kilka stopni cieplej, no i odpoczniemy po męczącym podejściu. Nieśmiało proponuję zrobienie we wtorek Kantu, ale na szczęście zostaje mi to szybko wybite z głowy 😉. Następnego dnia rano niespiesznie opuszczamy więc schronisko (1904 m.) i przenosimy się na biwak – rozbijamy się na wysokości ok. 2300 m., 15 minut od wejścia w skalny teren, którym podchodzi się na przełączkę oddzielającą ścianę północno-wschodnią od północno-zachodniej. Idę na mały rekonesans oraz po wodę (uzyskaną z topniejącego lodu bo innych źródeł niestety brak), później byczymy się przed namiotem i oczekujemy przybycia kolegów. Chłopaki docierają dopiero wieczorem, nie siedzimy więc długo – obgadujemy plan przy piwku i zaraz po zachodzie Słońca kładziemy się spać.

Pobudka po 4, śniadanie i około 5 wyruszamy – najpierw pomiędzy głazami, później skalnymi płytami na przełączkę, z której jednym 30-metrowym zjazdem dostajemy się na półki pod północno-wschodnią ścianą. Pola lodowego nie ma, bez problemów podchodzimy więc pod drogę – jedyną niespodzianką jest niebanalny trójkowy kominek, który pokonywany po ciemku na żywca może przysporzyć trochę emocji 😉. W tradycyjnym wyścigu pod ścianę (klasyk+pogoda=tłumy) zajmujemy miejsce w środku stawki - przed nami bodajże trzy, za nami dwa zespoły. Zdecydowanie bardziej podoba nam się wariant startowy Rebuffata, dlatego też chwilę przed godziną 7 wspinanie zaczynamy od pięknego zacięcia – najpierw ja z Anią, później Błażej (Młody) z Mariuszem. Podczas przejścia korzystaliśmy głównie ze schematu Topoguide oraz opisu z Pobegi, ta kombinacja sprawdziła się bardzo dobrze i idąc z przodu nie miałem problemów z wyszukiwaniem drogi czy stanowisk. Warto dodatkowo zapoznać się z topo Bergsteigen, różniącym się nieco wycenami poszczególnych wyciągów. Załączam wszystkie trzy, w opisie i na zdjęciach trzymam się jednak numeracji wyciągów z Topoguide. Do grani jest ok. 20 wyciągów + ok. 5 długości liny do szczytu.

Ze stanowiska po zacięciu dwa kolejne wyciągi (ok. 100 metrów, trudności IV) przechodzimy na lotnej – na początek ciekawa pozioma ryska, później już łatwiej płytami i kominkiem za turnicą do stanowiska przed wyciągiem czwartym. Tutaj czekają nas pierwsze trudności szóstkowe – tarciowy trawers pod okapami (VI+, ok. 40 metrów, sporo haków) i lepiej urzeźbiona płyta na wyciągu kolejnym (ok. VI, 30 metrów). Szósty wyciąg jest bardziej spionowany ale oferuje świetne chwyty wzdłuż rysy, dlatego też trudności są przystępne (VI-). Bardzo przyjemny jest również kolejny odcinek – odstrzelona płyta (V+) i zacięcie, którym po ok. 50 metrach dostajemy się do stanowiska pod dachówkowatymi skałami. Na obu odcinkach w miejscach gdzie nie ma haków, friendy siadają jak złoto 😊. Dalej do wyboru mamy przynajmniej dwa warianty – albo pionowo do góry wzdłuż pęknięć (ok. IV) do Półki Środkowej (Cengia Mediana) i nią spory (ok. 50-metrowy) spacer albo skośnie w lewo depresjami. My zdecydowaliśmy się na drugą opcję i wyszło prawie (jak podaje Bergsteigen) prawie 100 metrów fajnego, nietrudnego (IV-V) wspinania – gdy skończyła się lina, przeszliśmy na lotną i w ten sposób dotarliśmy pod początek trudności nad półkami. Doganiamy dwójkę przewodników z klientami, fundujemy sobie więc dłuższą przerwę. Akurat w tym miejscu na ścianie pojawia się Słońce, nie narzekamy więc i spokojnie czekamy na Mariusza i Młodego, dla którego to debiut na dużej ścianie – stara się więc nie tracić nas z oczy by się gdzieś nie zapchać i kosi aż miło. Ania prosi by trochę zwolnić i pocieszyć się wspinaniem – faktycznie trochę za bardzo goniliśmy i dotychczasowe ok. 400 metrów przeszliśmy w nieco ponad 2 godziny. Wiemy też jednak, że w górnej części ściany czeka nas sporo trudniejszych wyciągów i tam będziemy wolniejsi nie tyle z wyboru, co z konieczności 😉.

Po przerwie ruszamy w jeden z najbardziej wymagających wyciągów na drodze, ciągowy odcinek VI+. Startujemy ze stanowiska (uwaga - kilka metrów nad półką!) i po około 20 metrach technicznego wspinania w zacięciu przewijamy się przez kant w prawo, gdzie czeka nas łatwiejsza ale słabo asekurowalna płyta. Momentu przewinięcia lepiej nie przegapić, a o to nietrudno, wyżej w zacięciu są bowiem kolejne haki. Chłopaki nawet idąc za nami pchają się za wysoko, na szczęście tylko 2-3 metry i mogą jeszcze uratować sytuację. Wyciąg 11-ty to prawdziwa perełka – mały trawers w lewo, po czym wspinamy się uklamionym, spionowanym kancikiem (ok. V+ do VI), który wyprowadza nas po ok. 50 metrach do stanowiska po prawej. Kolejne 50 metrów jest chyba równie piękne, jednak zdecydowanie bardziej techniczne (VI+) – wspinamy się zacięciem, płyta po lewej jednak oferuje słabe stopnie, co powoduje narastający dyskomfort w palcach u stóp 😊. Wyciąg 13-ty zaczynamy horyzontalną rysą w lewo (krótki odcinek VI), po czym już łatwiej wzdłuż pęknięcia aż do stanowiska (po ok. 50 metrach). Kolejne dwa odcinki są bardzo przyjemne – pierwszy prowadzi uklamioną depresją (V-), drugi przepiękną rysą (ok. V) – w sumie ok. 70 metrów więc w przypadku łączenia trzeba trochę podejść.

Przed nami trzy wyciągi prowadzące kominami wyjściowymi – pierwszy (V-kształtny) jest znany ze swojego niebanalnego charakteru (mimo niewinnej wyceny V+ lub VI) i opinia ta naszym zdaniem nie jest na wyrost! Jeżeli zdecydujemy się iść środkiem czeka nas mało przyjemne przeciskanie się z plecakiem, jeżeli na zewnątrz – bardzo męczące wspinanie rozpieraczką i ryzykowne prowadzenie asekuracji. Tak czy siak, orka na całego jeżeli ktoś nie trenuje w takich formacjach – mi na prowadzeniu pot cieknie po plecach ciurkiem, Ania na drugiego przeżywa jeszcze cięższe chwile i głośno dzieli się z nami swoimi wrażeniami 😉. Drugi wyciąg w kominach jest zdecydowanie przyjemniejszy – bardzo ładne wspinanie w kwadratowej rynnie i ciekawa przewieszka pod stanowiskiem (ok. V/VI). Na wyciągu 18-tym wychodzimy z komina, po czym ładnym pęknięciem (ok. V+) kierujemy się pionowo do góry i mocnym trawersem w prawo do stanowiska po ok. 50 metrach – nie wchodzimy do zacięcia po lewej od razu. Wyciąg następny zaczynamy ciekawym trawersem po płycie (ok. V, tak sobie z asekuracją) i dopiero po kilku metrach przewijamy się w lewo i już rynną dochodzimy do stanowiska. Przed nami już tylko łatwe zacięcie (IV) i uklamiona ścianka wyprowadzająca nas na grań – ja zatrzymałem się przy spicie, lepiej jest iść jednak 10 metrów dalej do łańcucha.

Ze ściany wychodzimy po ok. 9 godzinach (ok. 16-tej) – wspinanie było tak piękne, że mimo prowadzenia wszystkich wyciągów nie czuję zmęczenia i od razu namawiam Anię by kontynuować granią na szczyt – co prawda to kolejne 4-5 długości liny ale nie za trudne (III-IV, lotna) i w pięknej scenerii! Partnerka początkowo nie jest przekonana, na szczycie zmienia jednak nastawienie i przyznaje, że bez postawienia kropki nad i cała przygoda byłaby trochę wybrakowana. Pozostaje mi jeszcze nakrzyczeć (jak wiadomo nie ma ze mną lekko) na chłopaków przez radio żeby czasem nie myśleli do nas nie dołączyć i wkrótce wszyscy (około 17:30) możemy uścisnąć sobie dłonie na piku. Zespoły, które ukończyły wspinanie przed nami wybrały zejście na włoską stronę, ekipa za nami postanawia spędzić noc w schronie pod szczytem (Bivacco Alfredo Reaelli) i taką opcję też przez chwilę rozważamy. Przekonuję resztę, że mimo iż do zmroku 3 godziny (a na zjazdy bez znajomości wg opisu schodzi ok. 6 – do pokonania jest ok. 1200 metrów!) damy radę i noc spędzimy w namiotach. Na swoje usprawiedliwienie podam tylko fakt, że wg Wikipedii schron „przeznaczony jest dla krańcowo wyczerpanych zdobywców północnych urwisk Piz Badile”, a my przecież czujemy się dobrze 😉. Oczywiście to żart - moja decyzja była błędna, co kosztowało nas sporo stresu i całą noc pracy, przeplatanej oczekiwaniem aż namierzymy kolejny właściwy zjazd.

Początkowo idzie bardzo dobrze – bez problemu odnajdujemy kolejne stanowiska. Gdy jednak robi się ciemno, a ostry u góry Kant „rozjeżdża się” na boki, sytuacja zmienia się diametralnie. W kilku miejscach na zmianę z Mariuszem zjeżdżamy nie tam gdzie trzeba i fundujemy Ani oraz Młodemu marznięcie na stanach, lepszych lub gorszych. Na niektórych (nowych) zjazdówkach podana jest wysokość, co początkowo traktujemy z niedowierzeniem bo wydaje nam się, że jesteśmy sporo niżej. Noc jest pogodna i bez mrozu, momentami mamy już jednak dość – po jednym z błędnych zjazdów ogarnia mnie totalne zniechęcenie, a gdy już za pomocą Ducka docieram z powrotem na stan zastaję ekipę na drzemce pod NRC-tą 😊. Zmuszamy się do dalszego działania i gdy w końcu o brzasku wreszcie wszystko staje się oczywiste – wcale nam to nie pomaga, jesteśmy już bowiem przed ostatnim zjazdem – to się nazywa wyczucie czasu! Pod ścianą i w drodze do namiotów mijamy wspinaczy udających się na Kant oraz na Cassina, kilka osób dopytuje o wrażenia z nocnej przygody – byliśmy bowiem bacznie obserwowani spod schroniska, Szefowa wysłała nam nawet zdjęcie naszych czołówek w ścianie 😊. Po powrocie (ok. 7-ej) jemy coś ciepłego i padamy do namiotów na 2-3 godziny, po których czujemy się jednak jeszcze gorzej – fizycznie jest ok, głowa odreagowuje jednak nocne stresy.

Zwijamy bazę i przy piwie w schronisku decydujemy by spróbować zejść starym, zamkniętym szlakiem – zakładamy, że jak się uda zaoszczędzimy dobre 2-3 godziny. Szefowa na pytanie czy damy radę wzrusza ramionami, nie może ani potwierdzić ani zaprzeczyć, jej pracownik daje nam za to wskazówkę by trzymać się blisko rzeki. Samo zejście do doliny idzie nam bardzo szybko i jesteśmy dobrej myśli, na dodatek idziemy urokliwym, dzikim obecnie terenem – rozmiary szkód poczynionych przez obrywa na Piz Cengalo robią wrażenie. Miny szybko nam jednak rzedną, gdy okazuje się, że teren wzdłuż rzeki stopniowo zawęża się i w końcu odcina drogę, co zmusza nas do trawersowania stromymi zboczami do lasu, którym dopiero pod sam koniec docieramy do niezniszczonego fragmentu szlaku. Wyboru tego wariantu zejściowego nie polecamy (zeszło nam 4 godziny), a już podejścia póki co sobie nie wyobrażam – nie mówiąc już o tym co byłoby dwa lata temu jeżeli próbowalibyśmy „na dziko” iść pod Badyla, gdy teren wyglądał dużo gorzej. Na parkingu żegnamy się z kolegami, którzy wracają do Polski, my natomiast obieramy kierunek na Ligurię – trzeba odpocząć od gór i poplażować, mamy na to aż całe dwa dni 😊.