31/10/2020Tagi: AlpyPaklenica - ChorwacjaAnica KukWspinanie górskie lato

Albatros (1) i Klin (wycof) (2), Anica kuk

Wycena 1: VIII-   Wycena uzupełniająca 1: 6c+   Asekuracja 1:    Długość 1 [m]: 340   Wyciągi 1: 8   Czas 1 [h]: 6   Wystawa 1: NW   Ocena 1: 8/10   Komentarz 1: 6b A0   
Wycena 2: VIII-   Wycena uzupełniająca 2: 6c+   Asekuracja 2:    Długość 2 [m]: 350   Wyciągi 2: 11   Czas 2 [h]: 0   Wystawa 2: NW   Ocena 2: 8/10   Komentarz 2: wycof po 5 wyciągu   

Głównym celem weekendowej wizyty w Paklenicy miał być należący do słynnej „Trylogii” Klin 6c+ (Mosoraški Velebitaški już zrobione) i na niego właśnie zmierzamy w sobotni poranek. Pod ścianą okazuje się jednak, że kluczowy fragment drogi jest zalany i po konsultacji z doświadczonymi lokalsami decydujemy się zmienić plan i spróbować innego upatrzonego klasyka, Albatrosa (6c+, w starym topo 7a). Na drodze zdecydowanie najtrudniejszy jest pierwszy wyciąg, na kolejnych nadal czeka jednak dużo niebanalnego wspinania – jak się później okazuje bardziej wymagającego niż zakładaliśmy.

Startując od razu w trudności, szczególnie na północnej wystawie, problemem jest brak odpowiedniego dogrzania i złapania rytmu – po kilkunastu metrach wspinania wzdłuż skośnej cienkiej rysy (spity i dużo haków) mocno mnie otwiera i łapię blok. Druga próba idzie lepiej ale w cruxie kluczowy chwyty są mokre i brak zapasu nie pozwala na czyste przejście – po 1xA0 z pętli wyżej jest już lepiej i po ok. 40 metrach docieram do pierwszego stanowiska. Ani przejście nawet w stylu AF zabiera sporo czasu i jeszcze więcej sił, sugeruje więc wycof i przeniesienie się na coś łatwiejszego i krótszego. Przekonuję ją jednak do dalszego wspinania argumentem, że podobno wyżej czeka bardzo ładne wspinanie, a wycofać możemy się jak naprawdę będzie miała dość albo ja nie będę w stanie już prowadzić 😉.

Połowa drugiego wyciąg jest bardzo nietypowa – pole kosodrzewiny w tej części ściany znacznie się rozrosło i komin którym idziemy oraz płyty nad nim są całe zarośnięte. Przed nami więc wcale nie łatwe (5a, w poprzedniej wersji topo 5c) wspinanie po kruchych gałązkach oraz szukanie spitów pomiędzy nimi. Na deser po wyjściu z pionowych zarośli czeka siłowa, przewieszona rysa – zakładałem, że ten wyciąg przebiegniemy i nie ostatni raz na tej drodze się przeliczyłem. Moja partnerka po „strasznym” wyciągu po raz kolejny sugeruje wycof i po raz kolejny daje się przekonać, że wyżej będzie lepiej 😊. Na pocieszenie początek trzeciego wyciągu jest bardzo ładny – estetyczne zacięcie wyprowadza nas pod kolejne, już trudniejsze (raczej 5c jak w starym topo). Wisienką na torcie jest słynny komin (znany nam już z drogi Velebitaški), którego górną połowę przechodzi się bez asekuracji – niby nic trudnego a zapada w pamięć.

Na starcie kolejnego odcinka czeka nas krótki bulderek i przewijamy się za kant filara – uwaga bo tutaj można się zgubić z powodu niejasnego schematu i nadmiaru dróg w tej części ściany. Spity idące po przewinięciu do góry pochodzą z drogi Gaz, zgodnie z topo poszedłem więc dalej i dotarłem do stanowiska pośredniego, kilka metrów przed miejscem, gdzie Velebitaški odbija do góry. Stąd trawersem w lewo wystartowałem w płytę (6a), gdzie wszystko zaczęło się już zgadzać – metr na lewo odeszły spity z Gaza. Po tym jednym z nielicznych technicznych odcinków na drodze czeka nas wyciąg za 6b – startujemy łatwo do góry i trawersujemy bardzo mocno w lewo – aż do przewieszonego zacięcia z łukowatą rysą. Po kilku solidnych ruchach dilfrem but wyjeżdża mi z tarciowego stopnia i wracam w dół by już skutecznie powtórzyć sekwencję.

Po wyjściu z trudności liczymy, że szybko uda przejść się pozostałe 3 wyciągi – do zachodu pozostała nam bowiem tylko godzina (startowaliśmy późno bo przed 11-tą). Kolejny raz okazuje się jednak, że wyceny z poprzedniej wersji przewodnika (6a, 5c, 5c) są bardziej zbliżone do rzeczywistości i czeka nas 150 metrów ciągowego wspinania wzdłuż pęknięć – Ania po skończeniu drogi skomentowała, że w całym życiu nie zrobiła tylu przybloków co na tej drodze 😉. Dodam jeszcze, że spity w tej części drogi są miejscami oddalone o 5-10 metrów, warto więc wspomagać się średnimi mechanikami, albo po prostu szybko zasuwać do góry. Słońce gaśnie nam podczas prowadzenia ostatniego wyciąg, który ma dość zawiły przebieg i chyba różne warianty – idę intuicyjnie robiąc jeszcze stanowisko pośrednie przed ostatnim odcinkiem (wyglądający groźnie ale łatwy okap z rysą), tak by nie posiadająca czołówki Ania miała wygodniej. Po wyjściu ze ściany podchodzimy w kilka minut na szczyt, mimo ciemności księżyc i gwiazdy ładnie wszystko oświetlają, na dodatek jest zadziwiająco ciepło – odpoczywamy chwilę delektując się klimatyczną atmosferą i ruszamy w drogę zejściową. Cieszymy się, że nie odpuściliśmy i drogę udało się skończyć, choć konsekwencje tego odczujemy kolejnego dnia… Na Albatrosa na pewno warto się wybrać – miano jednej z najładniejszych dróg w Paklenicy zobowiązuje!

W niedzielny poranek jesteśmy zmęczeni i obolali, naiwnie jednak stwierdzam, że „jak się rozgrzejemy będzie lepiej” i przekonuję Anię by mimo wszystko spróbować Klina. Pod drogą spotykamy Lukę Lindiča, który asekuruje Ines Papert – okazuje się, że ich Zenit (7b) dzieli z naszą drogą dwa pierwsze wyciągi. Pierwszy wyciąg mimo niskiej wyceny (4a) prowadzi nieprzyjemnymi formacjami poprzetykanymi roślinnością, drugi ma podobny charakter, jest jednak przystępniejszy – wspinamy się cały czas wzdłuż pęknięć w płytach.

Na trzecim wyciągu zaczynamy od obejścia przewieszek, po czym czeka nas bardzo nieprzyjemny i lufiasty trawers (6a+) – szczególnie jedno miejsce sprawiło mi sporo problemów. Już jednak wiemy, że czeka nas wycof – wspinamy się bardzo powoli i niezdarnie, a ręce i łydki bolą nawet na łatwych odcinkach. Postanawiamy zrobić jeszcze dwa ładne wyciągi i podejść pod trudności by się im chociaż przyjrzeć. Oba odcinki prowadzi Ania, szczególnie piękne jest pierwsze zacięcie, szkoda tylko, że męczymy je w słabym stylu 😉.

Kluczowy odcinek drogi wygląda imponująco i trudno – zarówno oryginalny wariant (6c+) jak i prostowanie (6c) są jednak dziś zupełnie poza naszym zasięgiem, do tego czeka nas 10 godzin jazdy powrotnej – trzema długimi zjazdami wracamy pod ścianę. Podczas zejścia spotyka nas jeszcze jedna, dość nietypowa przygoda – trzęsienie ziemi! Całe szczęście jesteśmy akurat w bezpiecznym miejscu bo z kilku mniej litych ścian lecą spore głazy – w Parku generalnie jest bardzo mało ludzi (z powodu ograniczeń Covidowych), okazuje się później, że nikt nie ucierpiał mimo iż epicentrum trzęsienia było bardzo blisko, a jego siła wyniosła 6,4. Gdyby nie wycof, trzęsienie dopadłoby nas w środku ściany, wolimy się nie zastanawiać jakie byłyby konsekwencje, mimo iż jest lita…