09/05/2021Tagi: Tatry WysokieDolina Rybiego PotokuMięguszowiecki Szczyt WielkiWspinanie górskie zima

Filar Północno-Wschodni, Mięguszowiecki Szczyt Wielki

Wycena: M5+   Wycena uzupełniająca: lato V   Asekuracja: R3   Długość [m]: 1600   Wyciągi: 10   Czas [h]: 15   Wystawa: NE   Ocena: 8/10   Komentarz: Deniwelacja 880 m.   

Filar MSW to zimowy ultra-klasyk i jednocześnie jedna z najdłuższych dróg ścianowych w całych Tatrach – linia ma ok. 1600 metrów (sama deniwelacja - 880). Znaczną część drogi co prawda przechodzi się na lotnej (odcinki wspinaczkowe znajdują się Wielkim Kominie i w kopule szczytowej), mimo tego jest to znacznie poważniejsza propozycja od sąsiedniej Direttissimy, przeznaczona dla doświadczonych i rozwspinanych zespołów. Oczywiście na drogę warto wybrać się w dobrych warunkach (zmrożone trawy, betony, sucha skała w trudnościach), ponieważ jednak tegoroczny sezon takimi nas nie uraczył, postanowiliśmy wbrew temu spróbować tuż na jego zakończenie.

W dniu naszego przejścia i dzień przed nim prawdziwe oblężenie przeżywała wspomniana Direta – zarówno Płytowe Zacięcie, jak i Rynna Wawrytki były świetnie wylane lodem, dzięki czemu drogę można było wręcz przebiec na lotnej lub bez liny – rekordy padały więc jeden po drugim! Filar przejścia w tym sezonie raczej nie miał, za wielu chętnych nie było też w ostatni typowo zimowy weekend. Tuż przed nami próbował jeszcze jeden zespół i szybko wycofał się z paskudnych traw w Wielkim Kominie, mocno opóźniając naszą akcję i zmuszając do zastanowienia się nad pójściem w jego ślady. Decydujemy w końcu by wspinać się dalej i rozważyć odwrót najpierw nad Czołówką, a następnie pod spiętrzeniem szczytowym – w obu przypadkach świadomie kontynuujemy, zdając sobie sprawę z konsekwencji w postaci długiego czasu przejścia, sporej ilości pracy oraz nadszarpniętych nerwów 😉.

Wspinanie rozpoczynamy na wysokości ok. 1560 metrów, od pokonania ścianki znajdującej się pod Wielkim Kominem. Istnieje kilka sposobów jej przejścia, my wybieramy ten najbardziej narzucający się – wprost, oznaczony jako 1C w Mastertopo. Prowadzący dolną część drogi Michał sprawnie pokonuje zacięcie oraz płytkę (bardzo fajne wspinanie za ok. M5 z dobrą asekuracją) i łatwym już terenem dochodzi do gotowego stanowiska u wylotu żlebu opadającego spod komina. Początkowo asekurujemy go na kolejnym odcinku stąd, finalnie jednak podchodzimy kilkanaście metrów pod sam komin by lina nie dyndała w powietrzu oraz by łatwiej reagować na poczynania drugiego zespołu, który od dłuższego czasu walczy powyżej. Chłopaki odpuszczają gdy prowadzący zalicza nieprzyjemny lot i po chwili zostajemy sami.

Wyciąg (M5+) okazuje się jednym z gorszych jakie mieliśmy okazję przechodzić w Tatrach – operujące o tej porze roku wysoko Słońce świeci prosto do komina, co powoduje iż liche kępki traw po których trzeba się wspinać wypadają jedna za drugą, podobnie jak luźne kamienie. O asekuracji lepiej nie wspominać, Michał po prowadzeniu jąkał się przez kolejny tydzień 😉. Kolejny odcinek (M5/M5+) nie jest lepszy – tutaj by ominąć najsłabsze trawy w jednymi miejscu schodzimy na letni wariant po płycie, w rakach okazuje się bardzo ciekawie. Na czwartym wyciągu czeka nas jeszcze bulderowe przewinięcie przez Górną Nyżę – ponieważ śnieg po prawej to mokra breja, wybieramy przewieszkę po lewej (solidne M5, w prawo przy dobrym śniegu ok. M4), gdzie wykazać trzeba się pomysłowością. Po wyjściu z trudności lądujemy na Trawniku nad Czołówką, nad którym czeka nas około 1000 metrów (500 deniwelacji) do przejścia na lotnej pod kopułę szczytową.

Chowamy jedną linę do plecaka, wiążemy się w trójkę do drugiej i ruszamy – idę pierwszy, podejmując się szukania linii drogi. Miejscami jest to ułatwione - dzięki pozostałościom po śladach innego zespołu, który podjął próbę przejścia Filara trzy tygodnie wcześniej. Po ostatnim opadzie śnieg nie jest jednak zbyt dobry i o betonach możemy tylko pomarzyć. Na szczęście przebieg drogi jest świetnie rozrysowany w Mastertopo, a wątpliwości dotyczą tylko pojedynczych miejsc oraz dojścia w okolice Bandziochowej Strażnicy, gdzie jest sporo opcji. Cały teren od Trawnika do grani jest w większości jedynkowo-dwójkowy, miejsca trójkowe zdarzają się sporadycznie i wynikają raczej z wyboru mniej optymalnej konfiguracji przejścia. Zdarza mi się to już na dojściu do Siodełka nad Czołówką (ok. 1790 m.), gdzie z powodu słabego śniegu wspinam się w załupie tuż przy Górnej Ścianie.

Dalej idzie już jednak znacznie sprawniej – przechodzimy trawers do trawiastego balkonika i kolejny, pod Małą Turnią nad Maszynką, po czym osiągamy Przełączkę nad Maszynką (ok. 1905 m.). Tutaj robimy jedyną przerwę i po uporządkowaniu sprzętu ruszamy dalej. Zaczynamy od sporego trawersu pod Turnią nad Maszynką, po czym odbijamy w kierunku grani. Do wyboru mamy teraz jeden z kilku wariantów, z powodu kiepskiego śniegu staram się raczej wybierać trawiasto-skalne kominki (miejsca M3/M3+). Po dojściu pod spiętrzenie grani, trawersujemy mocno w prawo – najpierw pod Bandziochowym Grzebykiem, następnie pod Bandziochową Strażnicą. W dogodnym miejscu wychodzimy na łatwą, śnieżną grań i osiągamy Czerwone Siodełko (ok. 2130 m.). Kontynuujemy widokowym grzebieniem i przez Białe Siodełko dostajemy się do śnieżnego kotła pod kopułą szczytową.

Naszym oczom okazuje się najtrudniejszy odcinek drogi, płytowy Zachód Korosadowicza, zmierzając w jego kierunku minę mam nietęgą – skała gdzie czekać powinien czysty drytool (ewentualnie wspinanie z pomocą rąk), pokryta jest śniegiem. Chłopaki decyzję o ewentualnym wycofie pozostawiają mnie, ponieważ mam prowadzić kluczowy i raczej lotny w tych warunkach odcinek. Łatwe wyjście ze ściany Zachodem Janczewskiego kusi, wymówkę mamy dobrą – późno (po 16-tej) i brak warunu w trudnościach 😉. Mimo to ilość wykonanej do tej pory pracy oraz chęć zmierzenia się z wyzwaniem i z tym tym co nieznane przesądzają by jednak spróbować. Zgodnie z opisem którym dysponujemy, podchodzę kilkanaście pierwszych metrów (zacięcie za ok. M4) i zakładam stanowisko przed początkiem trudności, przy zasypanej grocie.

Kolejny wyciąg (M5+) okazuje się wymagający – zarówno wspinaczkowo, jak i asekuracyjnie. Długotrwałe odśnieżanie płyt i rys, bicie haków i reksów gdy tylko pojawia się taka opcja (pozostały sprzęt w zastanych warunkach za bardzo się nie przydaje) i powolne przesuwanie się do góry metr po metrze. W kilku miejscach jest bardzo czujnie, udaje się jednak nie polecieć i po ok. 20 metrach osiągam wygodną półkę, na której można odpocząć lub zrobić stan pośredni. Nad półką czeka jeszcze jeden trudniejszy fragment, po którym chwyty są już znacznie pewniejsze – aż do stanowiska pod Krótkim Kominkiem. Trudności za nami, nadal do szczytu mamy jednak jeszcze około 150 metrów wcale niebanalnego wspinania. Pozostaje cierpliwie robić swoje i zamiast narzekać na zimno czy zmęczenie - cieszyć się przygodą!

Prowadzenie przejmuje Szymon – po bulderowym wyjściu z Kominka (ok. M4+) czeka go sporo roboty z odśnieżaniem i kruszeniem lodu, na dodatek postanawia urozmaicić sobie wyciąg i zamiast do łatwego żlebu, ładuje się w płytową załupę... Kolejny stan (po ok. 40 metrach) wypada nam pod zalanym lodem płytkim kominkiem, po wejściu do którego kolega funduje nam prawdziwe bombardowanie lodowymi odłamkami. Mimo niewygórowanych trudności (M3/M4, ok. 50 metrów), z powodu dodatkowej roboty przy czyszczeniu, lina do góry przesuwa się bardzo powoli – w końcu dopada nas ciemność. Jakby wrażeń było mało, całkiem znienacka, Michała dopada pewna nieprzyjemna przypadłość, a półwiszący stan dodaje całej sytuacji kolorytu 😊.

Ostatni wyciąg (ok. M4, 50 metrów) prowadzi skośnie w prawo skalnymi depresjami, po drodze mijamy kilka „ciekawych” miejsc jak bardzo ciasny kominek czy niespodziewana przewieszka – ku naszej uciesze dzielnie spisujący się Szymon po jego przejściu melduje wyjście w łatwy teren podszczytowy. Docieramy do kolegi i ruszamy w kierunku głównego wierzchołka (2438 m.), który osiągamy kilka minut później . Na grani wita nas mocny wiatr, który wcześniej co jakiś czas zrzucał na nas pyłówki – nie zabawiamy więc na MSW za długo i zaczynamy żmudne zejście.

Po zjeździe z grani do żlebu próbuję wypróbować opisywany TUTAJ wariant – okazuje się jednak, że ringa za przełączką nie jesteśmy w stanie namierzyć (o ile tam jest), pozostaje więc nieprzyjemne zejście do kolejnego opisywanego stanowiska, jak zresztą prowadzą ślady zespołów schodzących po zrobionej Direcie. Stąd już dostajemy się w łatwy teren i kierujemy na Hińczową Przełęcz, z której wybieramy wariant zejściowy przez Galerie Cubryńskie i Mnichowy Żleb. Nad Moko docieramy około 3 w nocy i po krótkiej przerwie w Starym Schronisku ruszamy na parking, na którym meldujemy się przed 6 rano – pozostaje zajechać do domu, wziąć prysznic i udać się prosto do pracy 😉.

Filar MSW to oczywiście przygoda pierwsza klasa i choć samo wspinanie nie jest na niej szczególnie trudne, a miejscami bywa niezbyt przyjemne - linia jest kapitalna, wystarczy popatrzeć na nią z Włosienicy i serce szybciej bije! By jednak na drodze zapewnić sobie głównie pozytywne wrażenia i nie zabawić na niej tyle co my (15 godzin, standardowo 10-12) sugeruję robić ją w optymalnych warunkach.