15/07/2015Tagi: AlpyAlpy - WłochyMatterhornWspinanie górskie lato

Liongrat, Matterhorn

Wycena: IV   Wycena uzupełniająca: III+/IV AD+   Długość [m]: 0   Wyciągi: 0   Czas [h]: 8 h   Wystawa: SW   Ocena: 8/10   Komentarz: grań   

Po kilku latach przygód w górach wysokich nadszedł czas na najbardziej znany szczyt w Alpach :) Na drogę wyjściową wybraliśmy trudniejszą, lecz według wielu ciekawszą niż szwajcarska, grań włoską – Cresta del Leone. Mimo iż przygotowania obfitowały w niemiłe przygody (problemy z terminem, samochodem, wycofanie się dwóch członków wyprawy w dzień wyjazdu), to sama akcja przebiegła bardzo sprawnie. Poniżej dość obszerna relacja umieszczona wcześniej na FTG.

Pomysł na Matterhorn i Liongrat pojawił się w mojej głowie już w zeszłym roku. Niestety wtedy plany trzeba było pozmieniać i skończyło się na Studlgrat (Grossglockner) i Biancograt (Bernina). Przed tegorocznym sezonem pomysł więc odkurzyłem i podesłałem do kilku znajomych. Plan zakładał nie tylko wejście na Matta ale i przenosiny z Cervinii pod Eiger i przełojenie Mittellegi Ridge. Niestety od początku było pod górkę i komplikacje towarzyszyły mi do samego dnia wyjazdu.

Z 10 osób, które wyraziło swoje zainteresowanie wyjazdem zostały tylko dwie, w tym jedna świeżo poznana i nie mająca żadnego alpejskiego i tatrzańskiego (pozaszlakowego) doświadczenia. Oczywiście wspinająca się w skałach więc z liną obeznana, żeby nie było :) No ale cóż, moja determinacja by stanąć na szczycie była na tyle duża, że mógłbym i kogoś ze ścianki na tego Matta wciągnąć :) Kilka tygodni przed wyjazdem poszukaliśmy czwartego chętnego i udało się – zgłosił się nieznany mi kolega jednego z uczestników.

Z powodu natłoku zajęć i pełni sezonu tatrzańskiego za ogarnianie wyjazdu zabrałem się dopiero 2 tygodnie przed wyjazdem. Akcje nie jest co prawda jakoś szczególnie skomplikowana ale trzeba było policzyć koszty, czasy, zaplanować podróż i każdy z dni akcji na miejscu. W końcu po kilku godzinach wyrwanych z codziennego zapieprzu udało się – powstał plan i można się było szykować!

No ale za łatwo być nie mogło. Okazało się, że jedyne autem jaki dysponujemy to moje stare Audi A3, a co gorsza żaden z moich 3 współtowarzyszy nie posiada prawa jazdy! Wizja kilkunastu godzin za kółkiem nie nastrajała optymistycznie ale co tam, to przecież Matterhorn! Na szybko zorganizowałem wymianę niedomagającego sprzęgła i wydawało się, że będzie ok. Niestety kilka dni przed wyjazdem posypał się przewód wysprzęglika i auto wróciło na serwis. No a z powodu silnych burz w mieście wywaliło prąd na 24h i naprawa się opóźniła więc auto odbierałem dzień przed wyjazdem. Niby ok ale stres, że coś dupnie po drodze pozostał…

Kolejna zła informacja nadeszła przez telefon – miła Pani z biura przewodników którą podpytywałem o nocleg w Carrellu oznajmiła mi, że akurat w dzień planowanego przez nas ataku (wtorek, 14 sierpnia), góra jest zamknięta dla wspinaczy z okazji obchodów 150-lecia pierwszego wejścia na szczyt. To się nazywa wyczucie czasu :) Ok, pojedziemy dzień później i też damy radę.

W sobotę rano gdy robiłem ostatnie zakupy przed wyjazdem nadszedł kolejny cios. „Kolega kolegi z KW” zadzwonił, że tamten trafił do szpitala po ataku przepukliny i czeka na operację. „No żeś k… mać” pomyślałem, co jeszcze :) Nie znam gościa, który pozostał po koledze, koszty rosną, mój kolega Mariusz bez doświadczenia… jedziemy, damy radę!

Kilka godzin do wyjazdu. Telefon od nieznajomego. „Wiesz bo te koszty mnie przerosły, kolega na operacji, ja jednak się wycofuję”. Aż usiadłem z wrażenia i siedziałem 10 minut patrząc w ścianę :( Teraz to już porobione, jak się pozostały kolega dowie i pozna na szybko przekalkulowane przeze mnie koszty – na pewno odpuści. Albo ja już sobie odpuszczę bo ileż można... Głęboki oddech, rzut oka na zdjęcia Matta wiszące w przedpokoju i decyzja – cisnę kolegę na wyjazd, damy radę! Na szczęście Mariusz na kolejne złe wiadomości zareagował pozytywnie – „Niech sobie może ten gość pelerynę zabierze i na Szyndzielnię zapitala, ja tam nie odpuszczam”. No tak, po tych przeciwnościach szczyt będzie smakował lepiej – myślę, pakuję graty i czekam na godzinę 0!

O 22-giej odpalam maszynę, zgarniam kolegę i jedziemy! 16 godzin później (2 godziny drzemki po drodze, 10 kaw i poszło) meldujemy się w Cervinii. Auto dało radę i kierowca również :) Na parkingu mnóstwo aut, okolica opanowana przez dzikie tłumy, słońce praży niemiłosiernie. Ale cóż – trzeba jakoś opanować chęć wywalenia się kołami do góry na trawie, spakować rzeczy na kilka dni i wyruszyć w kierunku schroniska Abruzzi. Obwieszeni bagażem jak tragarze startujemy – miło to tego podejścia wspominać nie będę. Z braku snu, zmęczenia, upału i ciężaru na plecach co kilkaset metrów konieczny jest rest by nie puścić pawia :) Jedyny pozytyw to fajne widoki na nasz cel i okoliczne szczyty. Ale cel przybliża się bardzo powoli… W końcu po 3 godzinach i tysiącach przekleństw docieramy w okolice Abruzzi. Tylko coś tej łączki ze strumykiem o której pisali w necie nie widać… Okolica to szary, kamienisty teren, a jedyne sensowne miejsce na namiot to okolice stawu, w którym woda nadaje się chyba tylko do prowadzenia eksperymentów biologicznych :) Ledwo kontaktując rozbijamy namiot, grzejemy posiłki, pijemy browara i padamy jak muchy.

Poranek następnego dnia przynosi dużo lepsze samopoczucie, choć niepokoją nas trochę chmury i mocny wiatr nad Mattem. Ogarniamy się bardzo niespiesznie i ruszamy w kierunku Carrella na rekonesans, co jakiś czas obracając się i podziwiając widoki na Monte Rosę. Teren jest łatwy ale momentami dość rozległy więc trzeba pilnować kierunku. Po drodze przechodzimy jedno miejsce „pseudowspinaczkowe”, gdzie mój towarzysz wyraża swoje obawy odnośnie braków doświadczenia w takim terenie, mocno przypominającym offroady tatrzańskie. Będąc na wysokości ~3300 metrów rezygnujemy z dalszego podejścia uznając je za bezcelowe – z przełęczy do Carrella i tak wypada się asekurować a nie zabraliśmy sprzętu. Przystępujemy więc do procesu aklimatyzacji :) Po 3 godzinach obijania się i przepytaniu kilku schodzących o warunki (tego dnia mało kto ponoć ruszył na szczyt, wiele osób pozawracało z powodu oblodzeń i silnego wiatru), wracamy do base campa. Wpadamy na genialny pomysł wykąpania się w Abruzzi, co kosztuje nas 5 €/os. ale daje pozytywnego kopa. Odświeżeni zasiadamy do kolacji i penetrując wzrokiem pięknie oświetloną z miasta ścianę wprowadzamy element tatrzański w postaci 72% Tatratea wlewanej do herbaty :) Noc mija spokojnie, do momentu potężnego obrywu z lodowca w ścianie nad nami, który wyrywa nas ze śpiworów. Oczywiście ściana jest daleko od nas ale rozespani mamy wrażenie, że zaraz góra zwali się na namiot ;)

Wtorkowy poranek zlatuje nam na selekcjonowaniu rzeczy, które zamierzamy wynieść do Carrella. Po spakowaniu i przyjęciu pysznego espresso w schronisku, ruszamy znaną nam już z wcześniejszego dnia trasą. Skoro dziś 14-ty to góra po raz pierwszy od dawna jest zamknięta dla wspinaczy, z powodów wspominanych na wstępie. „No ale przecież do Carrella chyba można iść?” – zastanawiamy się ruszając.  Śmigłowce co chwila krążące nad głową nie dodają nam otuchy – mamy dziwne wrażanie, że zaraz usłyszymy z góry iż mamy zawracać. Na wszelki wypadek, gdy nadlatuje śmigłowiec, przysiadamy sobie między skałami udając, że „my tu tak się tylko kręcimy, wcale nie idziemy do góry” :) Musi to z góry wyglądać komicznie więc w końcu odpuszczamy, wspominając iż przez telefon usłyszałem o zakazie wejścia na szczyt, nie o zakazie wejścia do schroniska. Niepokój mija dopiero gdy dochodzi do nas przewodnik z klientem, a po chwili jeszcze jeden zespół. Zerkamy w kierunku naszego namiotu i ruszamy dalej, Carrell zaczyna się szybko przybliżać.  Po wykonaniu trawersu Testa del Leone (strasznie sypko) docieramy na przełącz skąd widok jest rewelacyjny. Chwilę później stajemy pod płytami wyjściowymi do schroniska – to tutaj według opisu zaczyna się wspinanie. Rozpędzony zaczynam wchodzić dwójkowym/trójkowym terenem do góry ale mina mojego towarzysza przekonuje mnie by związać się jednak liną :) „Dobrze, potrenujemy lotną” – myślę, bo przecież Mariusz nigdy nie miał z nią do czynienia…

Idzie płynnie i niedługo później meldujemy się niedaleko słynnego komina Whympera, który jednak z powodu zmian erozyjnych nie jest chodzony i droga poprowadzona jest ścianką wycenianą ponoć na 6b, z której na szczęście zwisa lina bo byłaby niezła zabawa z prowadzeniem czegoś takiego :) Miejsce i tak wyciąga trochę sił, w tych butach i z tym plecakiem nawet ładowanie po wyjątkowo grubej linie, do której ręce nie są przyzwyczajone wymaga trochę pracy. Dalej jest już łatwiej ale nie jest to typowy spacer do schroniska! W końcu meldujemy się na platformie i tu zaskoczenie – na miejscu jest zaledwie 8 osób. Czyli jednak wiele osób zinterpretowało zakaz wspinania jako całkowity. W świetnych humorach wcinamy po liofie i idąc w ślady pozostałych obecnych osób rozkładamy się na kilka godzin na tarasie schroniska, korzystając z wyśmienitej pogody. Oczywiście obczajamy też widoki i jutrzejsze wejście w drogę, które jest ewidentne bo znajduje się kilka metrów za schroniskiem. Ciesząc się pustkami w jadalni pijemy jeszcze kilka herbat (wielki gar jest pełen wody stopionej ze śniegu, gaz jest podpięty do kuchenki), obczajamy zawartość chaty, zostawiamy klubową wlepkę, oglądamy zachód Słońca i kładziemy się do spania w prawie pustej sypialni.

Wstajemy o 4, czekając aż reszta się pozbiera, jemy śniadanie i o 5 opuszczamy schron. Czołówki ponad nami bardzo szybko się oddalają więc nie ma na co czekać. Ściana wyjściowa nad schroniskiem jest oblodzona więc tak jak wszyscy postanawiamy nie kombinować i ładować po wiszących linach. Wątpię zresztą by ktokolwiek bawił się w prowadzenie tego miejsca klasycznie, szczególnie „trójkowej przewieszki”, która przy glazurze i butach bez raków banalna by nie była (jak w ogóle przewieszka może być trójkowa to nie wiem ale tak podają). Zgodnie z zabawnym tekstem przeczytanym w Carellu („jeżeli się do końca nie obudziłeś to po przejściu tego odcinka nie będziesz miał już tego problemu”), zupełniej już świadomi wbijamy w teren powyżej na lotnej. Jest to najbardziej zamotane miejsce na całej drodze i to tutaj trochę osób łapie kibel przy zejściu. Teren jest rozległy i zupełnie nie ewidentny. Po dłuższym czasie kluczenia między skałami znajdujemy się na miejscu zjazdowym jednego z wariantów i z góry widzimy kilka osób rozrzuconych po okolicy szukających drogi po okolicy :) Po zjeździe kontynuujemy trawers (po namierzeniu małego pola lodowego jest już łatwiej) by w końcu dotrzeć pod komin wyjściowy prowadzący na grań. Postanawiam go poprowadzić łańcucha używając tylko do asekuracji co nie sprawia większego problemu a daje trochę frajdy. Teraz w końcu można przyspieszyć – grań jest na tym odcinku oczywista – wąska i w miarę lita, co jakiś czas pojawia się też ring/spit więc idąc na lotnej nie trzeba zakładać za dużo swojego sprzętu. 

Później już tak przyjemnie nie jest – schodząc z granii na trawersy pod Pik Tyndalla trzeba się liczyć z dużą kruszyną, spod nóg co chwila coś wyjeżdża, a chwyty trzeba sprawdzać po dwa razy bo czasami zostają w rękach ;) Na Piku pojawia się trochę śniegu ale nadal za mało by założyć raki (okaże się, że nie użyjemy ich ani razu na całej drodze co mnie mocno zdziwiło). Teraz przed nami zejście na przełęcz (czujne, niektórzy zjeżdżają, ja najpierw asekuruję kolegę by potem samemu zejść), pamiętam, że w drodze powrotnej to miejsce jest fajne bo jest kilka metrów wspinania co przerywa monotonię. Następnie wbijamy w teren podszczytowy, gdzie też można trochę pobłądzić o ile przed nami nikogo nie ma. Dopiero gdy pojawiają się już liny, sytuacja robi się jasna. Po kolejnych trawersach (miejscami nieubezpieczonych), docieramy pod drabinę („Schody Jordana”), która wyciska sporo potu po kilku godzinach zasuwania na tej wysokości – głównie ponieważ nie jest przymocowana i buja się na wszystkie strony. Znowu zastanawiam się jakby to było wspinać się obok i dochodzę do wniosku, że niełatwo :o Niestety foty nie zrobiłem :( Miejsce podszczytowe mocno się nam zakorkowało (dogoniło nas kilku przewodników z klientami – wyszli wcześnie z Abruzzi), więc znowu uciekło sporo czasu – jak wiadomo goście mają wszystkich w dupie i chodzą Ci prawie po głowie. Niektórzy z pokorą wracali do kolejki po wysłuchaniu kilku mocnych słów ale generalnie z chamstwem tych typów nie wygrasz. Na szczycie meldujemy się więc dopiero o 13-tej. Szybki żelek, kilka fot, sms do kogo trzeba i zmykamy bo czas jest słaby. Szkoda bo chciałem porobić więcej ujęć i pocieszyć się widokiem.

Okolica nagle się wyludnia – wiele osób zeszło na stronę Hornligrat, przed nami śmigało tylko kilku przewodników i dwóch Basków. Przewodnicy po początkowym korkowaniu drogi, później szybko znikają wiedząc gdzie wypada zjeżdżać, a gdzie schodzić. My tej wiedzy nie posiadając zjeżdżamy wszystkie spionowane miejsca, co oczywiście kosztuje sporo czasu – trzeba się rozwiązać, założyć zjazd, ściągnąć linę i ponownie związać. Na dodatek Baskowie przed nami zaczynają przeginać bo po kłótni, który z nich ma iść pierwszy, zaczynają się asekurować na sztywno nawet w łatwiejszych miejscach. Znowu tracimy sporo czasu… Po dotarciu nad komin zejściowy z grani i wyczekaniu swojego (później chłopaki ostro przyspieszą i znikną nam z oczu w tym namotanym terenie poniżej) dostajemy się na dół. Zaczyna się najmniej przyjemna część drogi – trawers nad płyty znajdujące się ponad Carrellem. Po ominięciu poletka lodowego (już się go przejść nie dało jak rano, zmroziło strasznie) wchodzimy w inny wariant niż ten, którym szliśmy rano i o dziwo pojawiają się 2-3 obite miejsce, które wypada zrobić na sztywno (m.in. trawers eksponowanymi płytami, które przy oblodzeniu byłyby bardzo nieprzyjemne). Gdy zaczynamy zjazdy do schroniska pogoda zaczyna się psuć, zgodnie z prognozami mówiącymi o wieczornej dupówie. Miejscami trzeba się dobrze zastanowić gdzie jechać bo opcji jest wiele. Widzę, że kolega ma już dość, co potwierdza się na jednym z trawersujących zjazdów, gdy najpierw zalicza spore wahadło, po czym klinuje linę w szczelinie, czego ogarnięcie zabiera znowu sporo czasu.

Widząc już schron, czując zmęczenie i zimny wiatr z mżawką też zaczynam już łapać nerwa i trochę sobie używam :) W końcu przy zapadających ciemnościach lądujemy przy Carrellu, minutę po nas zjawia się też jeszcze jeden zbłąkany zespół ;) Jesteśmy ostro zrypani, wbijamy do środka (a tu dziś ~50 osób), jemy byle co i padamy do wyra – całe szczęście, że na jednym z nich pozostawiłem graty bo inaczej gleba. W nocy nie śpimy za dobrze bo między 3 a 5 ludzie się najpierw szykują, a następnie ruszają na atak. Gdy w końcu ok. 8 zaczynamy śniadanie, wielu z nich jest już z powrotem, odpuszczając bo warun nie jest już idealny. Generalnie zdziwił mnie ogólny trend – ludzie zjawiali się na lekko i gdy tylko coś nie gra (wiatr, deszcz, lód, złe samopoczucie itd.) bez wahania odpuszczają. My mieliśmy ze sobą cały sprzęt szturmowy i gotowi byliśmy na wyjście nawet w śniegu i kibel na górze. Chyba to takie polskie nastawienie :) Po ogarnięciu plecaków ruszamy w dół – zjeżdżamy płytami aż do łatwego terenu, trawersujemy z przełęczy i w świetnych humorach zmierzamy w kierunku naszego namiotu. Po dotarciu na miejsce w końcu możemy sobie pogratulować zdobycia góry, bo wcześniej jak wiadomo góra miała nas :)

Tym razem droga Abruzzi-Cervinia mija nam bardzo przyjemnie (1h15m), na co wpływ ma też świeżość odzyskana po kolejnej kąpieli w schronisku. Na dole zaliczamy jeszcze zwiedzanie miasta, lody i lokalne obchody :) Niestety z przenosin pod Eiger definitywnie rezygnujemy po telefonie do schroniska Mittellegi i potwierdzeniu u źródła, że pogoda mocno się psuje, a nie mamy nawet 1 dnia zapasu więc akcja miałaby marne szanse na powodzenie. Siedzi mi to w głowie przez kilka godzin jazdy powrotnej ale w końcu odpuszczam bo dociera do mnie, że Matt jest mój więc nie ma co narzekać!

Jeszcze tylko 18 godzin w aucie i można otworzyć w domu buteleczkę i rozpocząć opijanie sukcesu – dopiero teraz wszystko do mnie dociera. Sobotę można przecież przespać bo w Tatry wybieram się przecież dopiero w niedzielę – żona na wieść o tym znacząco puka się w głowę :)