16/08/2016Tagi: AlpyAlpy - SzwajcariaEigerWspinanie górskie latoTurystyka górska

Grań Mittellegi, Eiger

Wycena: IV   Wycena uzupełniająca: IV D   Długość [m]: 0   Wyciągi: 0   Czas [h]: 5 h   Wystawa: E   Ocena: 9/10   Komentarz: grań   

Po dwóch dniach intensywnego działania, w poniedziałek mamy trochę lżej – w planach tylko przenosiny do schroniska Mittellegi. Jemy paskudne schroniskowe śniadanie i ruszamy w stronę kolejki. Ponieważ mamy mnóstwo czasu, ponad godzinę poświęcamy na zwiedzanie podziemnych tuneli naszpikowanych atrakcjami. Na szczęście z dołu kolejka jeszcze nie przyjechała, mamy więc wszystko tylko dla siebie :)

W końcu wsiadamy jednak do pociągu i podjeżdżamy jeden przystanek, wysiadając we wnętrzu góry – na stacji Eismeer. Miła Pani konduktor na szczęście objaśnia nam jak się stąd wydostać na lodowiec (schody w tunelu) bo już się przymierzaliśmy do zjazdów z okien widokowych ;) Na śniegu lampa jest niesamowita, podchodzimy więc bardzo mozolnie pod ścianę którą trzeba trawersować by dostać się do schroniska na grań – najpierw pokonujemy dwa trójkowe wyciągi, później już na lotnej idziemy kilkaset metrów wyszukując najłatwiejszego terenu.

W schronie Mittellegi meldujemy się po 12-ej, poznajemy sympatyczną szefową (Corinnę), która przydziela nam osobny schron obok schroniska. Początkowo dziwię się bo przecież zapłacone mamy za nocleg w głównym budynku, później zmieniam nastawienie gdy okazuje się, że tam są 24 miejsca w 1 pokoju, a u nas tylko 8! Ponownie jak dzień wcześniej kiblujemy na wyrach, podziwiamy widoki i oczekujemy na zamówiony posiłek. Kolacja jest mega wypasiona (nie to co w Monsjoch), piwo bardzo dobre, a atmosfera prawie domowa więc humory dopisują. Po towarzystwie widać, że nie ma tu raczej ludzi przypadkowych (w przeciwieństwie do np. schronu pod Matterhornem) – tylko przewodnicy z klientami i 4-5 „prywatnych zespołów”). Niedługo po kolacji kładziemy się do łóżek i staramy się trochę przespać.

O 5 rano stawiamy się na szybkim śniadaniu, zbieramy graty, szpeimy się i ruszamy!
Człowiek zaspany, ciemno, ślisko, a tu od razu taka lufa i w jedną i drugą stronę :)
Już po kilkudziesięciu metrach łapiemy korek przed pierwszą ścianką z trudnościami – okazuje się, że idący przed nami młodzi Niemcy i Francuzi jednak nie są jednak zbyt doświadczeni we wspinaniu górskim bo zachowują się dość niepewnie i asekurują na sztywno praktycznie każdy trudniejszy odcinek. Przewodnicy z klientami oczywiście znikają nam z pola widzenia po kilku minutach stania.

Związany jestem z Ryśkiem i cały czas idziemy tylko na lotnej, zmieniając się na prowadzeniu. Arek z Adamem asekurują się na bardziej wymagających ściankach. Jak tylko wychodzi Słońce od razu jest lepiej, rozgrzewamy się i wpadamy w trans wspinania – jest pięknie, droga jest oczywista, ekspozycja niesamowita, trudności niezbyt wygórowane (pionowe odcinki trójkowo-czwórkowe przeplatane zero-jedynkowymi odcinkami prostymi). Krótko mówiąc – piękna alpejska grań! Po pewnym czasie mieszamy w naszych zespołach, ja „biorę” zmęczonego najbardziej wysokością Arka, Rysiek Adama i prujemy dalej do góry, czasami czekając tylko aż Francuzi zwolnią drogę (Niemców udało się wyprzedzić). Na koniec jeszcze tylko dość psychiczny trawers po zmrożonych śniegach tuż nad ścianą północną i słynny Eiger jest nasz!

Mimo iż jest dopiero 10:30, nie rozsiadamy się na górze – czeka nas dużo większe logistycznie wyzwanie bo zejście Zachodnią Flanką owiane jest złą sławą, na dodatek po południu zapowiadane są opady. Do przejścia mamy prawie 2 kilometry w pionie, więc co jakiś czas nerwowo zerkamy na zegarek. Niestety po dość oczywistym, śnieżnym początku, wchodzi się w bardzo rozległy skalny teren, gdzie odnalezienie właściwej drogi graniczy z cudem. Posuwamy się bardzo powoli, nieprzyjemne zejścia zagruzowanymi ściankami przeplatając kilkunastoma zjazdami z tego co znajdujemy – teren jest PASKUDNY. Nie dziwne, że tak wiele zespołów zastaje tu noc, a mnóstwo ludzi wybiera na zejście grań południową. Po kilku godzinach wszyscy zgodnie stwierdzamy, że jest to zdecydowanie najgorsza droga jaką zdarzyło nam się poruszać w Alpach. Na szczęście pogoda wytrzymuje (chwilę postraszyło grzmotami i przelotnym opadem), poniżej zjawia się nawet helikopter na akcji ratunkowej (ktoś schodzący przed nami musiał się uszkodzić), a gdy chmury się rozchodzą wypatrujemy jakąś ekipę na miejscu biwakowym w połowie zejścia. Okazuje się, że są to Ukraińcy wybierający się Flanką na szczyt kolejnego dnia. Chłopaki sporo nam pomagają bo najpierw jeden z nich wychodzi nam naprzeciw (robiąc sobie rozeznanie) a gdy już docieramy do reszty grupy tłumaczą jak przyspieszyć zejście używając skrótu, którym wychodzili do góry. Z tego miejsca nabieramy już mocnego przyspieszenia i zapodajemy ostre tempo by wyrobić się na ostatnią kolejkę ze stacji Eigergletscher, do Grindelwald.

Na peronie składamy sobie gratulacje – Trylogia Berneńska i dodatkowo grań Mittellegi są nasze! Wieczorem znajdujemy tani hotelik, kąpiemy się (w końcu) i ruszamy na miasto świętować nasz sukces pizzą i piwem! Sprzed parkingu zerkamy w górę – dwa kilometry wyżej na grani widać małe światełko z Mittelleggihütte – ciężko nam uwierzyć, że jeszcze dziś rano tam byliśmy.