17/12/2017Tagi: Tatry WysokieDolina StaroleśnaJaworowy SzczytWspinanie górskie zimaSkitury

Motyka, Jaworowy Szczyt i zjazd z Graniastej Kotliny

Wycena: M5   Wycena uzupełniająca: M5 WI3+ III   Asekuracja: R2   Długość [m]: 300   Wyciągi: 6   Czas [h]: 5   Wystawa: SW   Ocena: 7/10   Komentarz:    

Pogoda i warunki nadal nie pozwalają by zaatakować jakąś dłuższą drogę, na dodatek po ostatniej odwilży i ponownych mrozach razem z Jackiem spodziewamy się dobrych warunków na słonecznych wystawach. Po przemyśleniu sprawy wracamy do pomysłu naszego kolegi, Madnessa, znanego miłośnika dróg Motyki :) i wybieramy drogę tria MotykaBrüllZamkovsky na Jaworowym Szczycie. Tym razem podchodzę na nartach, dlatego też pod nasz cel docieramy osobno w różnym tempie ;)

W komin startuję pierwszy i niestety po chwili jestem rozczarowany warunkami w nim panującymi – lodu jest mało, jest słaby, a miejscami zamiast po nim, trzeba się wspinać po śnieżnych skorupach – urywającymi się już na pierwszym progu. W związku z tym asekuracje też jest kiepska, więc trzeba się mocno trzymać :) - nie jest trudno (mikst do 4, lód WI3/3+) ale trzeba uważać na każdy kolejny ruch oraz wspomagać się skałami po bokach. Zarówno na prowadzeniu pierwszego jak i drugiego wyciągu (oba idę po 60 metrów) spędzam więc dość dużo czasu, dodatkowo pomiędzy progami muszę się przedzierać przez kopny śnieg, który miał być betonem... Po drodze znajduję tylko jeden hak stanowiskowy, dodatkowo mam problem z założeniem czegokolwiek na trzecim stanie.

Po ściągnięciu do siebie Jacka debatujemy czy droga teraz skręca w lewo czy idzie kominem do końca i dopiero wtedy skręca w „ławkę” wspomnianą w opisie, którym dysponujemy - na temat drogi nie znaleźliśmy w Internecie nic poza linią wrysowaną w zdjęcie całego masywu i krótkim słowackim tekstem. Decydujemy się zgodnie z opisem iść do końca – ostatnie 30 metrów jest łatwe, komin zmienia się w żleb, musimy tylko przekopać się przez tony śniegu.

Wyżej nie mamy już wyjścia – musimy wspinać się skośnym zachodem odchodzącym w lewo. Jacek prowadzi ten odcinek – miejscami jest bardzo nieprzyjemnie bo trzeba „drapać” po gołych płytach (trudności ok. M5), na dodatek pogoda wyraźnie się pogarsza, Słońce znika i zaczyna wiać. W końcu jednak kolega dociera w łatwy teren i mogę ruszać. Najpierw jednak walczę kilkanaście minut z wybijaniem haka (reksia), niestety w końcu się poddaję i zostawiam go dla kolejnych wspinaczy, korzystajcie śmiało :) Dochodzę do Jacka i ten od razu rusza dalej – pozostał nam łatwy żleb by wydostać się na galerię podszczytową.

Chmury gęstnieją i zaczyna sypać – w takim klimacie już rozwiązani trawersujemy oba wierzchołki Jaworowego i schodzimy do żlebu zejściowego, po czym wracamy pod ścianę. Jesteśmy przemarznięci i zmęczeni, więc cieszę się, że tym razem powrót do samochodu będzie szybki i przyjemny – zapinam narty i 30 minut później wcinam Cesnakovą :).
 
PS. Po jakimś czasie okazuje się, że poszliśmy jednak za wysoko i górną część drogi zrobiliśmy wariantem.