26/02/2022Tagi: TatryDolina KieżmarskaKieżmarska KopaWspinanie górskie zima

Atlantida, Kieżmarska Kopa

Wycena: M6   Asekuracja: R3   Długość [m]: 700   Wyciągi: 16   Czas [h]: 10   Wystawa: N   Ocena: 7/10   Komentarz:    

Trzeciego dnia pobytu na klubowym obozie w Kieżmarskiej postanawiamy wybrać się w sprawdzonym trójkowym zespole na coś dłuższego. Finalnie decydujemy się na około 700-metrową (ok. 500 m przewyższenia) drogę Atlantida (M6), forsującą skalne spiętrzenie Pośredniego Kieżmarskiego Strażnika w dolnej części, łatwe żebro w środkowej oraz podstawę ściany czołowej Kopy Kieżmarskiej w górnej. Warunki wspinaczkowe są bardzo dobre, nie sprzyja jedynie niska temperatura oraz popołudniowe zachmurzenie z niewielkim opadem śniegu. Startujemy niespiesznie po śniadaniu w schronisku – okazuje się bowiem, że przed nami na drogę wybiera się jeszcze jeden zespół. Zapowiada się więc pobyt w ścianie do wieczora 😊.

Atlantida startuje jasnymi skałami na lewo od zatoczki, do której po prawej stronie opada żleb z drogi Orłowskiego. Ścianka na początku (M5-) ma letni charakter i taką sobie asekurację – idziemy wprost pomiędzy płytami lub firnowym wariantem po prawej, z którego jednak i tak musimy przewinąć się w lewo. Wyżej przy dobrym śniegu jest już łatwo – kontynuujemy po betonach na całą długość liny i zakładamy stanowisko przy skałach. Drugi wyciąg również ma około 60 metrów -  dochodzimy do trawiastego zachodu pod skalnym spiętrzeniem, forsujemy je wyraźnym skalnym zacięciem (ok. M4+) i po wyjściu z trudności schodzimy lekko w dół do stanowiska na śnieżnej rampie z Orłowskiego.

Trzeci odcinek jest krótki (10 metrów) ale efektowny – by dobrać się do ściany czołowej Pośredniego Strażnika pokonać musimy trawers zaczynający się od  bulderowego przewieszenia (M5+). Idący na pierwszego Szymon radzi sobie z zadaniem i po chwili stajemy na półce pod kluczowym wyciągiem drogi. Przewiązujemy się i obserwujemy zmagania zespołu przed nami z trudnościami – widok ten nie napawa optymizmem, gdy przychodzi moja kolej na prowadzenie nie tryskam więc radością 😉.

Ruszamy z prawej strony stanowiska i zacięciem podchodzimy pod przewieszkę na lewo od białej płyty (prosto do góry idzie droga xxx). Wyjście z przewieszenia (M6, może i M6+) jest bardzo czujne – w jednym miejscu chwyty są słabe i niestety dziaba wylatuje mi na jednym z nich. Lot jest dłuższy niż się spodziewałem – wyrywam starego haka i utrzymuje mnie dopiero dobra kostka założona poniżej. Koledzy widząc to niezbyt chętnie garną się do spróbowania, po dojściu do siebie na stanowisku podejmuję wiec drugą próbę. Tym razem zabijam swojego haka i poruszam się dużo ostrożniej – udaje się przewinąć do zacięcia, gdzie mam nadzieję będzie już łatwiej.

Zacięcie powyżej okazuje się jednak ciągowe, a kilka płytowych fragmentów ze słabą trawą w rysie jest dość wymagających jak na M5+. Po prawie 40 metrach zaczyna brakować mi sprzętu, po dojściu do małej półki z jedynym tutaj stałym (dobrym) hakiem dobiłam swojego i robię stan - słuszna decyzja bo potem okazuje się, że do kolejnego restu jest jeszcze dobre 10-15 metrów. Końcówka zacięcia jest dość czujna i w jednym miejscu się przewiesza, tym razem jednak udaje się za pierwszym razem i po chwili docieram do sporej półki, na którym znajdziemy jednego spita, do wykorzystania pod stanowisko (niestety ciężko dołożyć coś swojego).

Kolejny wyciąg zaczyna się krótkim skalnym zacięciem (M5-) po lewej stronie, które wyprowadza nas ze ściany czołowej Strażnika – wyżej teren się kładzie i czeka nas około 100 metrów (2 wyciągi) trójkowego terenu. By nadrobić stracony w trudnościach czas nie zatrzymuję się i gdy kończy mi się lina przechodzimy na lotną, w ten sposób docieramy na szczyt turni położony tuż przy Niemieckiej Drabinie. Mimo iż jest dość późno (ok. 13-tej) decydujemy się kontynuować – szacujemy, że jeżeli w godzinę będziemy pod trudnościami w górnej części drogi, uda się je przejść jeszcze przed zmrokiem. Dlatego też biegnę dalej – powyżej Drabiny czekają 4 łatwe wyciągi, które bez problemu przechodzimy na lotnej, idziemy wyraźnym żebrem szukając firnu i trawek pomiędzy skałami. Nie przejmujemy się też zbytnio wybranymi wariantami, bo te i tak przedstawiają podobne trudności. Na pewno pomagają nam ślady zespołu przed nami, miejscami już jednak zasypywane przez delikatnie sypiący i nawiewany śnieg.

Gdy docieramy pod ścianę czołową Kopy Kieżmarskiej zespół przed nami wychodzi już z trudności, żegnamy chłopaków i szykujemy się na swoją kolej. Nasza linia kieruje się płytami w stronę charakterystycznego białego pasa skał, przeciętego zacięciem – kilkanaście metrów na prawo od głębokiego komina ograniczającym ścianę, którym biegnie droga Cobra. Do pokonania mamy około 50 metrów trudności, które na schemacie rozpisane są na dwa wyciągi – prowadzącemu ten fragment Michałowi udaje się jednak zrobić całość w ciągu (góra jest już łatwiejsza, a ciężko o dobry stan pomiędzy). Zaczynamy pęknięciami w płycie (ok. M4) i kierujemy się w stronę zacięcia, które najlepiej forsować delikatnie po prawej – ten fragment jest dość wymagający (M5+) i czujny, a asekuracja taka sobie, na pewno haki się przydają. Mimo wszystko wyciąg jest całkiem fajny i na pewno dużo przyjemniejszy od tego w dolnej części drogi, choć sypiący mocniej śnieg utrudnia i wydłuża wspinanie. Po wyjściu z trudności kierujemy się (teoretycznie to już wyciąg 13-ty, M5-) skośnie w lewo wyraźnym zacięciem i po ok. 20 metrach wychodzimy na wygodną półkę – haków stałych brak, na stan przydatne własne.

Z półki przechodzimy łatwym trawersem w prawo i skręcamy do kominka powyżej, po jego przejściu teren się przełamuje, podchodzimy pod górne spiętrzenie kopuły szczytowej. Atlantida nie wyprowadza na szczyt, a na grań sporo poniżej niego – dzięki temu do pokonania pozostają nam tylko dwa wyciągi. Zastanawiamy się dłuższą chwilę, którędy forsować spionowane płyty, finalnie przechodzimy lekko w lewo i kierujemy się do góry pęknięciami pomiędzy filarem i wyraźnym zacięciem (w nim jest trudniej i kolega wraca). Fragment ten jak na M4+ okazuje się dość wymagający, odczucie trudności zwiększa nam jednak na pewno mróz, wiatr i śnieg oraz fakt, że pokonujemy je przy świetle czołówek. Przypisany do tego zadania Michał radzi sobie jednak dzielnie i wyprowadza nas pod ostatni wyciąg, wiodący najpierw szerokim kominem (M3/M4), potem łatwą depresją.

Po zakończeniu wspinania idziemy już łatwo wprost na siodełko pod sporą turnią i skręcamy w prawo wyraźnym szerokim żlebem. Początkowo zaczynamy schodzić z siodełka prosto w dół – po jakimś czasie orientujemy się jednak, że w ten sposób nie dostaniemy się na drugą stronę grani opadającej z Kopy Kieżmarskiej. Po naprawieniu swojego błędu wracamy na siodełko, podchodzimy żlebem do góry, przewijamy się w lewo za grań i bonusowo podchodzimy kilkadziesiąt metrów na szczyt Kopy. Zejście do Rakuskiej Przełęczy jest szybkie (przy dobrym śniegu ok. 30 minut) i bezproblemowe – wracamy kawałek i podążamy za wyraźnym zachodem, który odbija w prawo do Doliny Huńcowskiej, gdy mamy ją już poniżej trawersujemy stokami w lewo wprost do przełęczy. Skracamy zejście do szlaku i już 45 minut później jesteśmy w schronisku, a po chwili dołączamy do reszty klubowiczów integrujących się w podziemnym barze. Obóz zakończony jak należy – dobrą drogą i imprezą 😊.