24/03/2022Tagi: TatryDolina Białej WodyZadni GerlachWspinanie górskie zima

Komarniccy, Zadni Gerlach

Wycena: WI3   Wycena uzupełniająca: M3 WI3, lato IV   Asekuracja: R2   Długość [m]: 480   Wyciągi: 5   Czas [h]: 4   Wystawa: NW   Ocena: 7/10   Komentarz:    

Kilka dni po przejściu Motyki na Wysokiej (RELACJA) wybieramy się na kolejną alpiniadę – tym razem w jeszcze bardziej odległy zakątek Tatr. Odwilż i prognozowany powrót mrozu dawały nadzieję, że również na północnych ścianach w żlebach zrobią się firny i lody. Pogoda spłatała nam jednak figla – wiało oraz brakło zapowiadanego mrozu, co przełożyło się na kopny śnieg i miękki, lejący się lód. Mimo tego wizyta w pięknym i dzikim górskim otoczeniu z wyjściem na drugi najwyższy szczyt w Głównej Grani Tatr była świetną przygodą.

By dostać się pod opadającą do górnego piętra Doliny Kaczej północno-zachodnią ścianę Zadniego Gerlacha mamy co najmniej trzy opcje – podejście przez Dolinę Białej Wody (żmudne i powodujące problem z powrotem), przejście z Doliny Wielickiej przez Przełęcz Litworową (bez noclegu w Domu Śląskim męczące i bez pewności co do warunków pod przełęczą) oraz przejście z Popradzkiego Stawu przez Żelazne Wrota (od stawu 3-5 h w zależności od warunków). Wybieramy opcję trzecią, a dzięki noclegowi i śniadaniu w schronisku na wycieczkę ruszamy wyspani i najedzeni.

Podejście na Żelazne Wrota mija w miarę sprawnie – dzięki twardemu podkładowi i śladom skiturowców oraz turystów na przełęczy jesteśmy po dwóch godzinach. Po zmianie wystawy ze słonecznej na zacienioną sytuacja ulega jednak znacznemu pogorszeniu – śnieg w Kaczym Bańdziochu (kocioł w górnej części Doliny Kaczej) jest kopny i trawers, a następnie podejście pod ścianę zajmują nam dwie godziny. Kolejna nieprzyjemna niespodzianka czeka już na miejscu – wariant prostujący (jeden odcinek ok. WI4, drugi ok. WI3), na który ostrzyłem sobie zęby okazuję się nie do przejścia – skałę pokrywa mokre lodowe „ciasto”. A wystarczyłoby kilka stopni mniej i lód byłby ok – moje przypuszczenia potwierdzają się dzień później, gdy dostaję informację o przejściu 😉.

My tymczasem podchodzimy pod oryginalny start drogi – tutaj czeka nas około 50 metrowy zalany lodem skalny żleb, rozdzielony kilkoma progami. Po lewej stronie na skale znajdziemy dwa haki. Z powodu silnego wiatru temperatura odczuwalna jest niska, realnie jest jednak na plusie – stąd też początek lodu jest miękki, a z góry leje się woda. Nie zrażamy się mimo wszystko i ruszamy, licząc, że wyżej będzie lepiej. Pierwsze metry są najbardziej wymagające (ok. WI3/3+), kolejne progi w żlebie są już bardziej połogi i grubo wylane – na asekurację wystarcza 5 śrub, a stanowisko robię na blokach skalnych po prawej stronie. Idę trochę za wysoko, przez co Anię czeka podejście kilka metrów i moknięcie u podstawy lodu – dociera więc do mnie nie tylko zmęczona długim odcinkiem wspinania ale i mocno przemarznięta.

Na szczęście wyżej czeka łatwy teren na lotnej, ruszamy więc do góry żlebem, w którego górnej części pokazało się już Słońce - będzie można się wysuszyć. Po chwili za nami pojawia się jeszcze ekipa skiturowców, którzy nie pójdą naszą drogą do końca, a wytrawersują do Wschodniej Batyżowieckiej Przełęczy, z której czeka fajny zjazd. Żlebem idziemy do góry przez około 250 metrów (większość bez trudności, z miejscami I-II) – betonów nadal niestety brak, choć śnieg trzyma już lepiej i fragmentami pojawiają się polewki lodowe. Po dotarciu do kociołka, który wieńczy żleb pod granią szczytową, robimy przerwę, grzejemy się w Słońcu i podziwiamy piękne widoki – szczególnie potężne urwiska Kaczego Muru (w tym m.in. Filar Ganku czy Filary Rumanowego) prezentują się stąd znakomicie.

By dostać się na grań wchodzimy do kominka opadającego wprost z siodełka – letnia wycena II przekłada się zimą na ok. M3, przy zaszronionej skale niebanalne, do asekuracji przydaje się kilka małych/średnich friendów. Alternatywnie możemy szukać obejścia na grań poziomo w lewo lub forsować ciasny komin kilkanaście metrów wyżej, dostaniemy się nim wprost na siodełko - zalodzone płyty nie zachęcały jednak do tego wariantu. Po wyjściu na grań ściągam partnerkę, i chowamy się przed wiatrem na drugą stronę – latem idzie się stąd ściśle granią, zimą jeżeli nie ma dobrych warunków lepiej przejść kilka metrów po śniegu i wejść na grań krótkim kominkiem (ok. II). Po około 50 metrach docieramy na szczyt Zadniego Gerlacha i po nacieszeniu oczu ruszamy granią (0/I) w dół, do Przełęczy Tetmajera, na której meldujemy się 15 minut później. Proponuję Ani bonus w postaci przejścia dalej na Gerlach (latem II i ok 30 minut), z góry znam jednak odpowiedź – przy tym wietrze i po włożonym już wysiłku oraz przeklinanym przez nią poruszaniu się w rakach po grani nie ma na to szans 😉.

Ruszamy więc w dół Walowym Żlebem do Doliny Batyżowieckiej, który dla odmiany jest mokry i cukrowaty (słoneczna wystawa), co wymaga wzmożonej uwagi na najbardziej stromych odcinkach. Po zejściu pod zachodnią ścianę Gerlacha łapiemy ślady turystów schodzących z Batyżowieckiej Próby i schodzimy najpierw do Stawu, po czym szlakiem do Wyżnich Hagów. Stamtąd łapiemy pociąg (elektriczkę) i podjeżdżamy jeden przystanek (6 kilometrów) do stacji Popradske Pleso, gdzie dzień wcześniej pozostawiliśmy samochód. 

Podsumowując, drogę Komarnickich na Zadnim Gerlachu warto zrobić chociażby dla górskiej przygody, szczególnie jeżeli będziemy mieć potwierdzone informacje o dobrych warunkach na podejściu jak i w samej ścianie. Najlepiej z nartami 😊.