15/07/2022Tagi: AlpyAlpy - FrancjaGrandes JorassesWspinanie górskie lato

Filar Walkera (Cassin), Grandes Jorasses

Wycena: VII-   Wycena uzupełniająca: 6a+ ED- M4 WI3   Asekuracja: R3   Długość [m]: 2000   Wyciągi: 56   Czas [h]: 20   Wystawa: N   Ocena: 8/10   Komentarz: Deniwelacja 1200 m.   

Legendarna linia tria Cassin-Esposito-Tizzoni zwana „królową alpejskich dróg” zlokalizowana jest na jednej z największych alpejskich ścian, zaliczanej do tzw. Wielkiej Szóstki północnej wystawie Grandes Jorasses (4208 m). O jej powadze nie decydują trudności techniczne (max 6a+) ale długość (ok. 2 km wspinania i 1,2 km przewyższenia), zalodzenie i słaba jakość skały oraz niebezpieczeństwa obiektywne jak spadające kamienie czy szczeliny na lodowcach pokonywanych podczas żmudnego zejścia. Podjęcie wyzwania wymaga więc nie tylko odpowiedniego doświadczenia, ale i zaufania do partnera, dobrej logistyki, pogody i warunków, odporności fizycznej i mentalnej oraz szczęścia. To wszystko jednak sprawia, że Filar Walkera jest czymś więcej niż drogą – to alpinistyczne przedsięwzięcie w pięknej, surowej górskiej scenerii.

Marzenie o drodze dojrzewało we mnie od dłuższego czasu – po przejściu kilku dłuższych alpejskich klasyków w końcu przyszedł czas by się z nim zmierzyć 😊. Na wyjazd umawiamy się z Romkiem i Szymonem (w tym składzie w zeszłym roku robiliśmy drogę Ratti-Vitali na Aigulle Noire, RELACJA), ustalamy dwa pasujące wszystkim terminy i monitorujemy warunki. Do końca opcją alternatywną pozostaje American Direct, przepiękna droga na innej wielkiej alpejskiej północnej ścianie - Petit Dru. Finalnie okazuje się, że z drugim terminem trafiliśmy idealnie – zaczyna się okres pięknej pogody, na dodatek dosłownie trzy dni przed naszym przyjazdem dociera raport ze schroniska Leschaux, że w przeciągu kilku dni zrobią się optymalne warunki na Walkera. A trzeba pamiętać, że bywają lata w których Filar nie ma przejść z powodu albo zbytniego zalodzenia/zaśnieżenia albo zbyt wysokiej temperatury potęgującej kruszyznę.

Dwa dni przed planowanym wyjazdem dochodzi do komplikacji – Szymon niespodziewanie rezygnuje z wyjazdu… Próbujemy znaleźć kogoś w jego miejsce, na taką drogę możliwości mamy jednak mocne ograniczone, a jedyne osoby wśród znajomych które mogłyby podołać zadaniu nie są w stanie zorganizować się w tak krótkim czasie. Już na miejscu pytamy nawet wśród członków PHS, którzy akurat przebywają na zgrupowaniu w Chamonix – dwa zespoły same planują jednak Walkera (finalnie udaje się jednemu), innych chętnych brak. Koniec końców okazuje się jednak, że wspinanie w zespole trójkowym byłoby dużo bardziej niebezpieczne i czasochłonne – zdecydowanie sugeruję dwójkę jeżeli ktoś się będzie zastanawiał. Rezygnacja kolegi ma też inne plusy - do wyjazdu dołączyła Ania by towarzyszyć nam na drogach zaplanowanych na rozwspin i aklimatyzację. Jej determinacja by zorganizować się w jeden dzień popłaciła – nagrodą były trzy przepiękne drogi zrobione razem na Envers des Aiguilles (o tym w osobnych relacjach) i grań Cosmiques z inną już ekipą.

Po trzydniowym pobycie na wspomnianych Enversach wtorkowym wieczorem wracamy do Chamonix by półtora dnia zregenerować się w komfortowych warunkach. Śpimy i jemy ile się da, nie odmawiamy sobie również dobrego francuskiego wina – w czwartek jesteśmy z Romkiem gotowi by wyruszyć z powrotem w góry. Późnym popołudniem wyjeżdżamy kolejką Montenvers i ruszamy lodowcem Mer de Glace (jak już wspominałem bardziej pasowałoby Mer de Gruz) w stronę Grandes Jorasses. Podejście wbrew temu co można gdzieniegdzie wyczytać nie jest wcale znowu takie męczące – tylko początkowo idzie się nieprzyjemnym gruzem, później jest to delikatnie nastromiony twardy lód nie wymagający zakładania raków. Idąc wolnym tempem (i nawadniając się co chwilę wodą z lodowca) w okolice schroniska Leschaux docieramy po dwóch godzinach, a godzinę później jesteśmy już na biwaku w miejscu, gdzie kończą się skały na lodowcu. Tutaj przydaje się pomoc poprzedników – od chłopaków z PHS dostaliśmy namiar GPS na zbudowaną i poprawioną przez nich platformę.

Ponieważ postawiliśmy na jak najlżejszy ekwipunek (podkładki z pianki pod tyłek i wzmacniane worki biwakowe z NRC, bez śpiworów) nocleg nie jest zbyt komfortowy dla osoby, która do tej pory specjalizowała się w akcjach jednodniowych lub dwudniowych non-stop... Kolega twierdzi jednak że jest ok więc to kwestia obycia z warunkami, jak człowiek jest przyzwyczajony do wygód to tak się to kończy 😉. Śpię więc bardzo słabo i narzekam, że nie zdecydowaliśmy się na nocleg w schronisku położonym przecież niedaleko – zdecydowanie wolałbym wystartować nawet dwie godziny wcześniej ale z komfortowego miejsca, po dobrej kolacji i śniadaniu w cieple. Finalnie bylibyśmy zresztą pod ścianą wcześniej bo po "spaniu" na platformie zbieramy się bardzo długo – w końcu konsumujemy liofy i ruszamy ok. 5-tej gdy robi się już jasno. Dojście pod ścianę zajmuje nieco ponad godzinę – idziemy najpierw wprost do góry, potem sporym łukiem omijamy duże szczeliny prawą stroną i skręcamy w lewo, w kilku miejscach przechodząc mostkami lodowymi. Już pod Filarem decydujemy się, że nie pójdziemy jak większość wspinaczy (obchodząc dolną skalną część śniegiem po prawej) tylko wystartujemy wariantem prostującym rysą. Od razu zresztą założyliśmy, że kosztem tempa wspinania postawimy na styl – bez omijania trudności i przede wszystkim klasycznie. Z drugiej strony - idąc „jak puszcza” oraz łapiąc się poręczówek lub przelotów na zalodzonych wyciągach spokojnie wyrobilibyśmy się z przejściem jednodniowym.

Wspinanie zaczynamy przed 7-mą rano, sugeruję jednak by robić to co najmniej godzinę wcześniej – szczególnie jeżeli są dobre warunki i spodziewać możemy się innych zespołów. My mieliśmy sporo szczęścia, tego dnia na drodze poza nami była jedna tylko jedna ekipa i to przez chwilę – chłopakom spadł plecak i wycofali się po kilku wyciągach... Mimo północnej wystawy ściany w środku lata Słońca na niej nie brakuje - na dole wspinamy się bowiem po stronie północno-wschodniej, wyżej - północno-zachodniej. Ze sprzętu zabraliśmy komplet kości i kilka friendów (do cama 2), z młotka i haków zrezygnowaliśmy - z jednej strony by się przydały, z drugiej - mocno opóźniły całą akcję. Jako pierwszy na prowadzeniu idzie Romek – założyliśmy, że będziemy zmieniać się co kilkanaście wyciągów, oczywiście do korekty w zależności od sytuacji. Dwa wyciągi prostujące (łączymy i wychodzi prawie 60 metrów, trudności do 5a) okazują się bardzo nieprzyjemne – rysa jest zapiaszczona i słabo asekurowalna, a w kilku miejscach czekają luźne bloki skalne.

Z drugiego stanowiska ruszamy już na lotnej - zacięciem i dalej do góry, w tym momencie z prawej dochodzi wariant obejściowy (uwaga – przy większej ilości śniegu zdarza się, że dochodzi się nim dużo wyżej). Po około 100 metrach zaczynamy trawersowanie w lewo – to jeden z najbardziej niebezpiecznych fragmentów na drodze, teren jest bowiem bardzo kruchy, a z lodu powyżej odpadają wytapiane przez Słońce kamienie. Po jednym z takich obstrzałów kolega postanowił podejść jak najwyżej – skończyło się jednak stresującym wycofem z niepewnego bloku skalnego i stratą godziny czasu, czarny cienki lód zagrodził nam bowiem dalszą drogę. Po powrocie kontynuujemy trawersowanie by po przewinięciu za kant filara dotrzeć pod ściankę z hakami (wg topo wyciąg 12), która otwiera nam dalszą drogę – tutaj zaczyna się właściwe wspinanie. By upewnić się, że jesteśmy w dobrym miejscu już wcześniej warto wypatrywać charakterystycznego Zacięcia Rebuffata znajdującego się powyżej.

Zaczynamy od ścianki z rysą (hak) i dochodzimy pod płytę z hakami (5a), którą przechodzimy lewą stroną, powyżej trawersujemy w prawo do stanowiska z taśmami (ok. 40m). Kolejny wyciąg (4c, 20m) to dalszy trawers w prawo i podejście do góry pod wspomniane Zacięcie Rebuffata. W tym momencie pojawia się śmigłowiec z ratownikami – odlatuje po upewnieniu się, że wszystko u nas ok i zlustrowaniu czy ktoś jeszcze wspina się na Filarze. Kolejny odcinek w tzw. Podwójnym Zacięciu to najładniejszy fragment drogi – zaczynamy z lewej strony i po kilkunastu metrach przechodzimy w prawo (do Zacięcia Allaina), by po 35 metrach przewinąć się w prawo na duży taras. Wspinanie jest bardzo ładne i ciągowe, asekurujemy się z zastanych haków i małych friendów, trudności oscylują w okolicy 6a+ aczkolwiek na drugiego z ponad 10-kilogramowym plecakiem (mimo braku pełnego sprzętu biwakowego i użycia lekkiego sprzętu!) o przejście klasyczne muszę zawalczyć 😊. Na szczęście na tarasie uwalniam się od uciążliwego balastu – zmieniamy się na prowadzeniu i od razu odżywam, wysokość i długość drogi powodowały, że wspinając się z takim ciężarem każdy wyciąg kończył się zadyszką i nabitymi udami oraz łydkami.

Z tarasu schodzimy w prawo (4a) i mocno się obniżamy, po czym kontynuujemy poziomo aż do kantu filara, gdzie kierujemy się w górę. Gdy skończyła się lina przeszliśmy na lotną i po kolejnych ok. 100 metrach (4a-5a, miejscami bardzo krucho i licho z asekuracją) dotarliśmy pod kolejne charakterystyczne miejsce na drodze – wielkie gładkie zacięcie długie na ok. 90 metrów. Kolejne trzy wyciągi (19-21) są (co na drodze jest bardzo rzadkie) piękne i lite, wspinanie jest dość ciągowe (5c-6a) i miejscami techniczne ale asekuracja świetna – jest mnóstwo haków, do tego piękna rysa. Po przejściu pierwszego odcinka postanawiam połączyć dwa kolejne – nie polecam, okazuje się bowiem, że do stanowiska po przewinięciu w lewo jest 60 metrów i ledwo uciągam do niego linę.

Po wyjściu z zacięcia kierujemy się skośnie w prawo płytami (4c) w kierunku widocznej u góry stałej liny. Kolejny odcinek (5a) doprowadza nas do porządnego stanowiska, gdzie czeka kilkumetrowy zjazd na półkę. Stąd ruszamy (wyc. 26) skośnie w prawo wzdłuż poręczówki – przez ciekawą przewieszoną ściankę (5c) wychodzimy w łatwiejszy teren. Jeszcze jeden łatwiejszy wyciąg doprowadza nas pod gładkie płyty Szarej Turni. Ruszamy prawą stroną, następnie trawersujemy w lewo wzdłuż haków (po drodze fajny techniczny bulderek za 6a) by ominąć przewieszenia nad głową. Po przejściu tego fragmentu bardzo długo zastanawiam się, w którym miejscu odbić w górę – schematy nie są do końca jasne, a haki są w wielu miejscach. Finalnie korzystam z jednego z nich i po zmianie na prowadzeniu postanawiamy ruszyć zacięciem po lewej stronie.

Dwa kolejne wyciągi (6a i 5c) prowadzą ładnymi szarymi płytami i ciekawym zacięciem, z którego kierujemy się lekko w prawo by na następnym odcinku minąć podstawę Szarej Turni depresją na kancie i łatwym terenem dotrzeć do sporej półki. Jest to tzw. Biwak Allaina, a sporo śmieci świadczy o tym, że nadal nocuje tu sporo osób – jak się potem okaże jest to ostatnie dobre miejsce do spania… Jesteśmy tutaj ok. godziny 18-ej, postanawiamy więc kontynuować wspinanie. Wyciąg następny (32) jest jednym z ładniejszych na drodze – wspinamy się skośnie w lewo (5c, haki) i do góry obok gzymsu, po czym ponownie skręcamy skośnie do ostrza filara. Wracam na prowadzenie i kolejne kilka długości liny (ok. 200 metrów, wg topo 8 wyciągów) pokonujemy głównie na lotnej (z postojami przed najtrudniejszymi miejscami). Wspinamy się prawą stroną kantu, czasami płytami a czasami ostrzem grani – przeważnie jest czwórkowo choć kilka fragmentów (zdarza się niechcący utrudnić) podchodzi pod 5b/5c, sporadycznie pojawiają się haki ułatwiające orientację i ku naszej radości jest dość lito.

Po dotarciu do charakterystycznego firnowego pola (tzw. Trójkątny Śnieg po 41 wyciągu) pod Czerwoną Turnią liczymy na zaznaczony na topo „dobry biwak” – do zachodu słońca mamy około godzinę, przed nami jeszcze sporo drogi, a coraz mocniejszy i zimny wiatr zapowiada chłodniejszą noc niż się spodziewaliśmy - nocowanie w kuluarach lodowych pod szczytem lub w jego okolicy nie byłoby wskazane. Niestety miejsce okazuje się w zastanych warunkach stromą wylaną czarnym lodem płytą i zmuszeni jesteśmy kontynuować wspinanie. Przebieram buty na ciężkie, a przodem nadal w butach wspinaczkowych rusza Romek – liczymy, że po dwóch-trzech wyciągach przewiniemy się na prawo za Czerwoną Turnię i tam znajdziemy choć dwa metry płaskiego terenu.

Kolejne trzy godziny okażą się najtrudniejszymi podczas całej akcji – wyciągi w kominie są zalodzone, kruche i niezwykle słabo asekurowalne, odczuwalne trudności (realnie 5b-5c) są więc wyższe. Kolega każdy odcinek prowadzi bardzo powoli, wyszukując choć trochę pewnych chwytów oraz nie zalanych lodem stopni, do tego co jakiś czas spadają kamienie – jeden z nich (spory) spada prosto na mnie i roztrzaskuje mi kask, na szczęście w ostatniej chwili udało się schylić twarz… Gdy robi się ciemno stres narasta – wiatr jest coraz mocniejszy, do tego zmęczenie daje się we znaki, kilkukrotnie ze strachem patrzę jak kolega wychodzi kilka metrów nad słaby przelot i pokonuje kolejne zalodzone miejsca. Idąc na drugiego podziwiam odporność psychiczną partnera – nie wiem czy na jego miejscu dla bezpieczeństwa nie odpuściłbym wspinania klasycznego i nie łapał się wychodzącej miejscami spod lodu poręczówki, jak bez wątpienia robi większość powtarzających.

Jakby tego było mało na trzecim wyciągu Romek łapie zapych – za wcześnie zaczyna trawers w prawo, co kończy się nieprzyjemnym wspinaniem z powrotem bez dobrej asekuracji. Chwilę później łapię kryzys, kilkukrotnie prawie zasypiam przy asekurowaniu i zaczynam zastanawiać się czy nie przekraczamy granicy... Gdy w końcu Romek melduje, że znalazł właściwy trawers (wyc. 46) humor na chwilę się poprawia. Na następnym odcinku czar jednak pryska, po przewinięciu się za filar kolega natychmiast wraca – zimny wiatr w ogromnym lodowym kuluarze powoduje, że nie mamy szans by szukać tam schronienia. Jest po północy, decydujemy by pozostały do świtu czas spędzić na małej zalodzonej półce na środku płyt Rudej Turni – wpinamy się do starych haków, zrzucamy sterczący nad nami głaz, rozkładamy liny i podkładki, ubieramy wszystko co mamy i wchodzimy do folii. 

Bardzo ostrożnie wykonujemy wszystkie operacje by nie stracić żadnego ważnego przedmiotu – przebieranie się, porządkowanie sprzętu czy gotowanie na przestrzeni 50 x 100cm z kilometrem powietrza pod nogami jest dość czujne o czym przekonuję się, gdy w przepaść lecą mające przynieść trochę pocieszenia ogrzewacze do stóp. Zalewamy po liofie (całe szczęście mamy jeszcze litr wody na kolację i śniadanie) i szykujemy się do noclegu – jestem tak zmęczony, że wydaje mi się iż zasnę w sekundę. Tak też się dzieje, problem w tym, że budzę się pięć minut później gdy osuwam się z póki i zawisam na uprzęży z nogami w powietrzu 😊. Pozostałe godziny upływają na przemiennym zasypianiu, budzeniu się i dziesiątkach prób ułożenia się tak by nie spadać z siedziska, do tego nieustający wiatr cały czas irytująco szarpie naszymi foliami. Ponownie upewniam się w przekonaniu, że wolę akcję non-stop a kilkudniowy alpinizm nigdy nie będzie czymś co będę uprawiał 😉.

Wszystko jednak ma swój kres i tak po nieznośnie długim wyczekiwaniu w końcu horyzont jaśnieje, a jakiś czas później pojawia się na nim Słońce – od razu robi się dużo przyjemniej i pojawiają się pozytywne myśli, że jednak damy radę. Czekamy aż promienie zaczną choć trochę grzać, z resztek wody zalewamy liofa i herbatę, po czym powoli szykujemy się do kontynuowania akcji. Po ciężkiej pracy wykonanej przez Romka w nocy nawet nie pytam kto weźmie na siebie prowadzenie końcówki drogi, ubieram buty wspinaczkowe, szpeję się i ruszam około 7:30. Po wyjściu ze ściany (wyc. 47, 5a) moim oczom ukazuje się ciąg zalodzonych zacięć i kominów – jesteśmy ponownie po północno-zachodniej stronie więc mokre wieczorem wyciągi zamarzły. Nadal nie odpuszczamy klasyki, dlatego też prowadzenie trwa bardzo długo – pokryte lodem chwyty i stopnie są bardzo czujne, w dwóch miejscach konieczne jest skorzystanie z dziaby. Na kolejnym wyciągu (49) zmieniam buty na ciężkie i przechodzę go w rakach – zaśnieżony kuluar prowadzący w lewo do ostrza filara jest bardzo kruchy, głazy zrzucam nie tylko ja, spadają i same – jeden z nich przecina mi linę, rdzeń jednak wytrzymuje.

Po dojściu do kantu filara ściągam raki i wspinamy się płytami po jego prawej stronie – pokonujemy na lotnej około 150 metrów (teren 3a-4b) i docieramy pod wylany lodem stromy żleb. Ponownie ubieram raki i wspinając się z jedną dziabą nitką lodową pomiędzy kruchymi skałami (M4/WI3, asekuracja iluzoryczna) docieram na siodełko pod granią. Nad nami ostatnia przeszkoda na drodze – łatwy nawis śnieżny pod szczytem, mocno rozmiękły pod wpływem bardzo mocno grzejącego na górze Słońca. Przy próbie sforsowania śnieżnej zapory wpadam nogami do środka, udaje się jednak wydrzeć na jednej dziabie do góry i z ulgą stanąć na płaskim plateau grani szczytowej - jest po godzinie 11-tej. Po chwili dołącza do mnie Romek, robimy pamiątkowe foty i rozbieramy nadmiar ciuchów – przed chwilą byliśmy w mroźnym świecie północnej ściany, a po drugiej stronie jest wręcz nieznośnie ciepło. Dzień ma być gorący, a więc zejście południową wystawą o najgorszej możliwej porze będzie nie tylko nieprzyjemne, ale i niebezpieczne.

Przez dłuższą chwilę zastanawiamy się czy wybrać opcję z trawersem na Pointe Whymper i zjazdy kruchym żebrem, czy też schodzić prosto w dół kamienistym zboczem i zaryzykować przejście pod ogromnym serakiem by do wspomnianego żebra dojść sporo niżej. Obie opcje mają swoich zwolenników i podczas przepytania kilku osób, które miały okazję schodzić z Jorassów głosy odnośnie tego który wariant jest paskudniejszy podzieliły się mniej więcej po połowie 😊. Finalnie wybieramy opcję szybszą – mamy tracka od chłopaków sprzed kilku dni, po dotarciu do skalnego zbocza okazuje się jednak, że tam gdzie wczesnym rankiem podczas ich zejścia był firnowy żleb i dobrze trzymające kamienie, teraz jest lejąca się śnieżno-skalna breja z latającymi samoistnie głazami.

Tracimy sporo czasu i sił, wracamy bowiem z powrotem pod szczyt i próbujemy trochę dalej - w dół kierujemy się stromymi zakosami starając się by nie wyjechało całe zbocze, będące jednym wielkim gruzowiskiem. Pod sam koniec docieramy do stanowiska zjazdowego, którym dostajemy się do skraju lodowca – tutaj czeka jeszcze jeden zjazd konieczny o tej porze by przekroczyć niestabilne szczeliny brzeżne. Po dotarciu do lodu szybciutko przebiegamy pod wiszącym powyżej monstrualnym nawisem śnieżnym (w głowie od razu pojawiają się obrazki z niedawnego tragicznego w skutkach obrywu seraka na Marmoladzie) i zmierzamy w kierunku żebra, na które wchodzimy w dogodnym miejscu. W międzyczasie nad naszymi głowami pojawia się śmigłowiec z ratownikami, którzy do nas machają – mamy nadzieję, że to w formie pozdrowienia a nie ostrzeżenia, że na którymś z lodowców coś jest nie tak…

Będąc już na żebrze zgodnie z opisem schodzimy w dół (teren II-III, można zjechać), po czym przewijamy się na drugą stronę – w stronę lewej odnogi lodowca Grandes Jorasses. Okazuje się jednak, że jesteśmy za nisko i czeka nas około 50 metrów wspinania do stanowiska z którego zjeżdża się na lodowiec. Znowu tracimy czas, ruszamy się coraz wolniej, do zmęczenia i braku snu dochodzi niesamowity upał, co ma też swoje plusy bo z lodowca cienkie woda - możemy więc napełnić bukłak i w końcu się nawodnić. Przy stanowisku spotykamy dwa zespoły, które przeszły trawers Jorassów i zjeżdżały z góry żebrem – od razu robi się raźniej, że nie będziemy sami kluczyć pomiędzy szczelinami po bardzo niestabilnych o tej porze mostkach lodowych. A że takie są przekonujemy się przy zjeździe – mokry i ciężki śnieg zapada się pod Romkiem i usuwa mu się pod stóp odkrywając sporą dziurę, dzięki linie wahadłem dostaje się jednak w bezpieczny teren, a ja dojeżdżam do niego po skosie.

Po poziomym trawersie przez lodowiec pomiędzy serakami dostajemy się na kolejne żebro – Reposoir. Nim już sprawniej schodzimy prosto w dół, wykonując pod sam koniec dwa zjazdy na kolejny lodowiec – Planpincieux. Ten jest już mniej stromy i nie straszy jak poprzednie, mimo wszystko w wielu miejscach trzeba kluczyć pomiędzy szczelinami – ułatwia to jednak widoczny już ślad, im niżej lód robi się też coraz twardszy i mniej popękany, aż w końcu zanika pomiędzy skałami. Dopiero tutaj możemy w końcu poczuć się bezpieczni i zejść z towarzyszącego nam przez ostatnie 38 godzin napięcia psychicznego. Jest 19-ta, co oznacza, że na zejściu ze szczytu do tego miejsca zeszło 7 godzin – sporo, gdyby nie zapychy i sporo przerw byłoby co najmniej 2 godziny mniej. Dla powtarzających dodam tylko, że przepytani znajomi wspominali o czasie od 5 do 8 godzin, sporo zależy jednak od warunków, pory dnia oraz obranej linii zejścia.

Przy schronisku Boccalate położonym na 2803 m n.p.m. pojawiamy się około pół godziny później - trzeba wypatrywać żółtych plam na skałach bo można go minąć, w pewnym momencie skręca się bowiem ostro w prawo i wychodzi nad dachem ukrytego pod skałami budynku, nie widać go więc do ostatniej chwili! Tutaj czeka nas przykra niespodzianka – schronisko jest zamknięte, nici z upragnionego piwa, posiłku i ewentualnego noclegu, który rozważaliśmy by oszczędzić sobie już dziś kolejne 1250 metrów przewyższenia w dół. Dzwonię do Ani, która przyjechała po nas do Courmayeur i przekazuję, że stawiamy sobie ambitny cel by zbiec na parking w Planpincieux w półtora godziny – co prawda na dole nie mamy noclegu ale w ten sposób zdążymy na pizzę i piwo!!! Ścieżka zejściowa nie jest zbyt przyjemna, pojawia się też kilka ścianek (czasami ubezpieczonych klamrami i linami), sypkich zboczy oraz potoków - pod koniec nogi odmawiają już szybkiego tempa, motywacja jest jednak spora - udaje się więc zrealizować zadanie i przed 22-gą meldujemy się przy aucie, a chwilę później w knajpie 😊. Następnego dnia rano podjeżdżamy jeszcze do Chamonix na zakupy i po lodach oraz kawie na mieście ruszamy w podróż powrotną do Polski.

Krótko podsumowując - mimo iż na drodze za wiele pięknego wspinania nie było, a większość wyciągów straszyła kruszyzną i słabą asekuracją, przejście tej linii będącej jednym z symboli Alpinizmu dało sporo satysfakcji i okazję do zmierzenia się z ograniczeniami własnego ciała i psychiki 😊.