Mas que nada, Ważecka Turnia
W Tatrach mocno mrozi, za cel z Szymonem obieramy więc ścianę gdzie złapiemy trochę Słońca – wschodnią wystawę Ważeckiej Turni (słow. Ostrá veža). Na opracowanej przeze mnie liście polecanych dróg (TUTAJ) widnieją tutaj dwie pozycje – kuszący pięknym zacięciem na ostatnim wyciągu Hod Cepinom (M7-) i linia autorstwa Maćka Ciesielskiego i Kuby Radziejowskiego, Mas que nada (6+). Finalnie zachęceni informacją o pięknym kluczowym odcinku z dobrą asekuracją oraz unikalnym wyciągu z pęknięciami w płycie wybieramy tą drugą. Na sobotnich zawodach Crack’ów Fest nie przypuszczałem jeszcze, że dzień później przyjdzie ponownie klinować ręce, ale tym razem w zalodzonych rysach 😉.
Po skorzystaniu z kolejki krzesełkowej pod Soliskiem schodzimy do Doliny Furkotnej i kierujemy się w stronę Siodełka z którego będziemy schodzić. Takie rozwiązanie pozwala nam wykorzystać założony prze skiturowców ślad jak i zostawić jeden z plecaków przed rozpoczęciem trawersu pod ścianę – spokojnym tempem schodzi ok. 1,5 godziny. Start drogi znajdujemy bez problemu – Kuba z Maćkiem szukając trudności wybrali najlogiczniejszy sposób pokonania dolnego spiętrzenia. Po kilku metrach w zacięciu czeka przewinięcie na filarek i pokonanie uskoku (M5-) nad którym dostajemy się do trawek. Po chwili osiągamy spory taras, którym podchodzimy w lewo pod widoczne z oddali zacięcie będące wizytówką drogi.
Po pokonaniu krótkiego odcinka trawkowego przechodzimy w lewo do rysy w zacięciu – początkowo jest niezbyt wyraźna, wyżej pięknie się jednak otwiera. Na samym dole jest stary hak z małym oczkiem (zostawiłem w nim żółtego repa), warto skorzystać i dołożyć coś swojego ponieważ skała powyżej jest nieco krucha – lito i komfortowo z asekuracją (gdy ma się dość średnich friendów) jest dopiero po kilku metrach. Chwyty poza jednym miejscem są dobre, gorzej jest ze stopniami – trzeba się dobrze rozstawiać i kontrować (wycena M6 wydaje się właściwa) by dostać się do głębokich traw nad zacięciem. Stanowisko wg topo powinno się robić w rynnie po lewej, ja wybrałem jednak półeczkę po prawej. Przez to na początku kolejnego wyciągu kolegę czekało pokonanie łatwej ścianki wprost (M4) i trawers w lewo do zacięcia zaznaczonego na topo (M5+). Wariant ten wydaje się logiczny ale sugeruję jednak oryginalny by nie minąć jego początku i wyżej nie wylądować w łatwej załupie zamiast w zacięciu po lewej. Tak czy owak w obu przypadkach dochodzimy do efektownego ale nietrudnego (ok. M3+) wąskiego kominka w grani, którym omijamy przewieszki nad głową i wracamy w lewo.
Czwarty odcinek (M5/M5+) zaczynamy mikstem w trawiastym zacięciu po lewej (fajne ale nieco kruche) i po kolejnych kilkunastu metrach docieramy do zamykających dalszą drogę przewieszek – tutaj odbijamy na wspomnianą we wstępie płytę z szerokimi pęknięciami. Niestety po zacienionej stronie warunki są dużo gorsze niż poniżej – rysy zaklejone są szronem i lodem, szykuje się więc dłuższa robota. Pod płytą jest wygodna półeczka z zaklinowaną kostką, postanawiam więc ściągnąć partnera w to miejsce i uzupełnić brakujący sprzęt oraz nie szarpać się z liną. Odcinek faktycznie okazuje się dość nietypowy – w niektórych miejscach do rys ręce wchodzą aż po ramiona, w innych dobrze klinują się pięści – w zastanych warunkach mocno ślizgają się jednak w szronie i marzną. Minusem jest kruszyzna po lewej stronie – trzeba uważać gdzie wsadza się dziabkę i czego się łapie. Na koniec czeka akrobatyczny bulderek przez wiszące bloki i wyjście na grań – stanowisko robimy nieco wyżej w dogodnym miejscu. Ostatni odcinek (ok. M4+) zaczyna się kominkiem na prawo od grani, po którym kontynuujemy intuicyjnie w kierunku szczytu. Prowadzący ten odcinek kolega musi sporo odśnieżać i końcowy odcinek zrobić od strony przełączki by dokopać się do wierzchołka już po zapadnięciu zmroku.
Ze szczytu zjeżdżamy do żlebu opadającego z przełączki pomiędzy wierzchołkami (Ważeckiej Szczerbiny) – przy niskim stanie śniegu po 60m trzeba się jednak liczyć z tym że do śnieżnego zbocza pozostanie nam ok. 5m, które łatwo jednak zewspinać. Podobno jest też stanowisko na samej przełączce, która znajduje się kilka metrów niżej i wtedy liny nie braknie. Inna opcja to zjazd ok. 40m na północ w kierunku Ostrej Przełączki, może być jednak problem ze ściągnięciem liny. Tak czy inaczej po zjeździe schodzimy ok. 50m w dół i przy dobrej pokrywie śnieżnej odbijamy w kierunku Siodełka, lub (jak w naszym przypadku) schodzimy niżej aż do szerokiej ławki, gdzie dopiero zaczynamy trawers – wiąże się to niestety z koniecznością podejścia później do góry ale jest bezpieczniej. Z Siodełka schodzimy z powrotem do Furkotnej (z przystankiem po plecak) i dalej na parking. Jak to więc często bywa w zimie, zamiast szybkiej akcji wyszła całkiem niezła przygoda 😉.
Podsumowując, droga nie jest może specjalnie piękna, z pewnością ma jednak logiczną linię i kilka interesujących odcinków, do tego wyprowadza na ładny szczyt. Polecić można ją taternikom szukającym mniej popularnych celów w ustronnym miejscu z szóstkowymi trudnościami na własnej asekuracji. Stałe są tylko dwa wspomniane w opisie punkty, zabierając jednak zestaw #0,2-3 z dublami średnich rozmiarów, kostki oraz dwa buldogi do trawy i awaryjne 2-3 haki, będzie całkiem komfortowo.

















