Issalada e purpos, Oronnoro
Po rozruchu na Oceano Mare, kolejnego dnia piękna i odludna ściana Oronnoro. Gdy w zeszłym roku przeszliśmy tutaj Evinrude, Ania obiecała że wróci ze mną na C'est Chic (7a+). Finalnie pod ścianą decydujemy się jednak na opcję rezerwową - Issalada e purpos (7b/7b+ 350m). Głównym powodem był poranny upał (wschodnia wystawa) – na drugiej drodze mogliśmy pozwolić sobie na późny start i ewentualne wspinania na łatwiejszej górnej części po ciemku. Prowadzenie całości miało też dać odpowiedź czy jestem gotowy na to samo na głównym celu (Sette Anni) dwa dni później – mimo niższej wyceny (6c+/7a) całościowo droga ta jest bowiem dużo bardziej wymagająca. I był to w strzał w dziesiątkę - sprawdzian zaliczony (RP), a samo wspinanie świetne!
Droga położona jest w prawym skraju ściany, która w tym miejscu opada bardzo nisko w stronę morza. Dlatego też sugeruję wybór drugiej opcji dojściowej – szlakiem Selvaggio Blu z Cala Biriala. My nie wiedząc jeszcze na jakiej drodze wylądujemy idziemy jak rok wcześniej – szlakiem prowadzącym nad ścianę (gdzie zostawiamy plecak w szałasie), stromym sypkim żlebem pod nią i finalnie sporo w dół pod prawy filar. Prawdziwa przygoda, dodając do tego dojazd będącą w coraz gorszym stanie drogą gruntową dobre kilka kilometrów!
Sałatka z ośmiornicy (ponowny ukłon w kierunku włoskiego poczucia humory przy nadawaniu drogom nazw) startuje połogą szarą płytą między skałami. Trzeba się trochę wysilić by wypatrzeć spity, jeszcze bardziej by odczytać napis na ścianie – mając już jednak moje zdjęcie nie będzie problemu. Kolejną zachętą by zdecydować się na tą drogę była jej niedawna re-ekipacja (2024) i pozytywne opinie – choć akurat może nie te, że oryginalna wycena asekuracji w przewodniku M. Ovigli na S1+ to jakiś żart 😉. Potwierdza to już pierwszy wyciąg i kilkumetrowe wyjście nad wpinki, biorąc pod uwagę jednak najtrudniejsze fragmenty zgodzić można się z S2.
Po odczekaniu prawie 3 godzin wspinanie zaczynamy dopiero o 13-tej, tak by zaczynać kluczowy drugi wyciąg gdy ściana zacznie zachodzić cieniem. Jestem lekko rozleniwiony długim oczekiwaniem, pierwsze 50 metrów za 6b+ szybko jednak budzi – po łatwym tarciowym odcinku wchodzimy w przewieszające się zacięcie, gdzie trzeba mocno doginać, a odwagę warto wzmocnić sobie 2-3 friendami w średnim rozmiarze. Drugi wyciąg (7b, w przewodniku oryginalnie 7b+) oferuje piękne i ciągowe, techniczne wspinanie po małych chwytach w lekko przewieszonej ścianie – trudności kumulują się na pierwszych 15 metrach, cruxem było jednak dla mnie bulderowe, nieoczywiste miejsce w górnej części. Po nieudanej próbie przejścia on-sajtem, spędzam tam sporo czasu i jedyne co przychodzi mi do głowy to dość losowa sekwencja. W drugim podejściu choć popełniam sporo błędów na dolnym odcinku, po wyjściu z opałów udaje się zrestować i utrzymać kluczowy chwyt. Jest już po 16-tej ale pocieszamy się, że teraz to już z górki 😊.
Okazuje się jednak, że wyciąg trzeci mimo stosunkowo niskiej wyceny (6b+) pochłania w sumie (na prowadzeniu i na drugiego) godzinę! Po mocnym starcie w zacięciu przechodzimy na płytę w prawo, gdzie czeka ok. 20-metrowy trawers, zakończony dziwnym przewinięciem przez filar. Na szczęście dalej idzie już dużo sprawniej – czwarty odcinek (6b+) to przyjemna płyta i siłowy bulder wyprowadzający w łatwy teren. Wyciąg piąty (6c) prowadzi w ostrej szarej skale rodem z Paklenicy – na początek łatwy połóg, potem soczysty dilferek którym dostajemy się do pięknej rysy. Po jej przejściu docieramy do małego balkoniku, nad którym czeka jeszcze podchwytliwy odcinek doprowadzający do stanowiska, nad którym ściana się już kładzie.
Po pokonaniu szóstego nietrudnego (6a+) ale ładnego wyciągu w szarej pociętej wyżłobieniami i rysami płycie, czeka jedyny brzydki odcinek na drodze – 50 metrów podejścia między krzakami i pokonania małej ścianki (5b). Z półki powyżej do wyjścia ze ściany pozostaje ok. 40-metrowy wyciąg za 6b – płytami wzdłuż zaginających się rys, z jednym trudniejszym fragmentem. Ostatnie stanowisko zlokalizowane jest tak, że umożliwia rozpoczęcie zjazdów wzdłuż drogi – gdyby ktoś podchodził od strony morza i chciał zostawić rzeczy pod ścianą. Wspinanie kończymy w idealnym momencie – tuż o zachodzie Słońca, pozostaje nam więc jeszcze pół godziny do zmroku by pobłądzić trochę w krzakach powyżej i odnaleźć szlak prowadzący do szałasu i z powrotem do auta – bez zapisanego punktu na zegarku byłoby ciężko 😉.
Podsumowując Issalada e purpos nie robi może takiego wrażenia jak drogi w głównej, przewieszonej części ściany, z pewnością zasługuje na uznanie. Poza wyraźnie trudniejszym kluczowym wyciągiem po małych chwytach, reszta jest dużo przystępniejsza oraz zróżnicowana, a przede wszystkim atrakcyjna wspinaczkowo. Nie wspominając oczywiście o widoku i duchu przygody na oddalonej od cywilizacji ścianie.
















