Sette anni di solitudine, Punta Giradili
Daniem głównym krótkiego wielkanocnego pobytu na Sardynii była droga uchodząca za jedną z najwspanialszych na wyspie, autorstwa mistrza Pioli - Sette anni di solitudine (6c+/7a 390m) na Punta Giradili. Siedem Lat Samotności z powodu dużego ciągu trudności jest linią całościowo bardziej wymagającą niż znane nam już sąsiednie klasyki o teoretycznie wyższej wycenie jak Wolfgang Gullich (7a), Mediterraneo (7a+), nie mówiąc o nowej promocyjnej Crysalis by Grenke (7a+). Nastawiając się na klasyczne przejście całości trzeba liczyć się ze sporym wyzwaniem i być bardzo skutecznym – wielokrotne powtórki raczej nie wchodzą w grę, szczególnie jeżeli wspinamy się w słoneczny dzień.
Jadąc do owczarni, przy której schodzi się pod ścianę zaskakuje nas pięknie wyremontowana droga gruntowa – ubity żwir nie powoduje już stanu zawałowego, który przeżywać można było wcześniej dysponując autem ze standardowym prześwitem! Po dojściu pod drogę żałujemy że przyszliśmy dopiero o 8-mej - pierwsze wyciągi są co prawda w cieniu do 12-tej (a najbardziej angażujący siódmy nawet do 13-tej), przy powtarzaniu upał można dopaść nas jednak znacznie wcześniej niż byśmy tego chcieli. A w przypadku gdy prowadzić mam całą drogę taka opcja oznacza prawie pewny wycof lub azerowanie – stąd też startując jestem mocno spięty świadomością, że każdy błąd będzie miał swoje konsekwencje.
Pierwszy wyciąg zaczyna się wyjściem z charakterystycznej nyży – na szczęście jest łatwiej niż wygląda bo nie idziemy wprost przez przewieszenie a trawersujemy od prawej po dobrych chwytach. Po kilku metrach czeka bulderek będący na niektórych schematach najtrudniejszym pojedynczym miejscem drogi (7a, raczej jednak 6c+) – ryzykuję ruch w ciemno i opłaca się, wyżej czeka już techniczne wspinanie w płytowym zacięciu (ok. 6b+), przewinięcie i łatwiejszy odcinek do stanowiska. Jest 1-0 i napięcie lekko puszcza – choć w głowie nadal przeliczam na ile powtórek będę mógł sobie pozwolić powyżej. Mamy pojedynczą linę 80m, po wybraniu odwiązuję więc swój koniec i zrzucam do Ani by wyciągnąć plecak – ten patent stosować będziemy aż do bardziej połogich odcinków w górnej części ściany. Polecam jednak zastosowanie bloczka bo wybieranie przez kubek jest męczące, a po kilku wyciągach łapią skurcze.
Drugi wyciąg (6c+) zaczyna się przyjemnym szarym filarkiem, z którego wchodzimy w stromą żółtą ściankę z ostrymi małymi chwytami – kolejne spity prowadzą do góry i trawersem w prawo, gdzie czeka świetna kluczowa sekwencja. Na kolejnym odcinku (6b+) palce mogą trochę odpocząć, piękne pionowe komino-zacięcie daje jednak popalić łydkom – no chyba, że zamiast techniki wolimy użyć siły i zmęczyć bicka 😉. Po tym „górskim” wyciągu przechodzimy na płyty – na dzień dobry 40-metrów z wyceną 6c. Po przyjemnym początku wydaje się, że końcu będzie jakaś promocja, po wejściu w pionową szarą ścianę (idziemy w lewo, kilka metrów po prawej widać spity z Wolfganga) zostaje się jednak przywołanym do porządku i trzeba się mocno trzymać oraz trafiać właściwe chwyty, inaczej może być trudniej. Dalej z wiszącego stanu do przełamania ścianki czeka nas kilka trudnych metrów (6c+) z kolejnymi pięknymi przechwytami w szarej ostrej skale. Jeszcze tylko krótki szósty wyciąg w połogu (jedyny łatwiejszy w dolnej części – 6a+) i wychodzimy na wygodny taras pod wizytówką drogi czyli 40-metrowym przewieszonym zacięciem rodem z Dolomitów, ochrzczonym przez nas mianem pięknego „potwora”. Pocieszam się jednak, że dzięki braku powtórek do tej pory mogę spędzić tu więcej czasu, choć w cieniu zacięcie pozostanie jeszcze przez godzinę więc dobrze byłoby uporać się z nim jak najszybciej.
Początkowe metry napawają optymizmem – chwyty są dobre, a śliskie stopnie można kompensować szpagatami, mocna sekwencja czeka dopiero przy minięciu okapu po ok. 20 metrach. Wyżej łydki i ręce zaczynają już palić, dobrze wykorzystuję więc jedyne trochę lepsze restowe miejsce i ruszam dalej. Końcówka okazuje się najtrudniejsza - rysa przestaje się zaginać, stopnie są słabe i gładkie, ostatnie przechwyty robię więc na odlocie prawie pewien że polecę – nie dzieje się tak jednak i po wpięciu do stanowiska na chwilę odpływam, dopiero po chwili słyszę wołanie Ani z dołu czy wszystko w porządku 😊. Od razu po przejściu mam wrażenie że wyciąg był strasznie trudny, na chłodno stwierdzam jednak, że gdyby powiesić ekspresy i dołożyć 3-4 friendy między spitami oraz rozpracować kluczowe fragmenty wycena 6c+ jest jak najbardziej w porządku i wpływa na nią bardziej długość i ciągowość niż trudne przechwyty. Idąc jednak OS-em oraz łapiąc złe ustawienia i mocno ściskając chwyty nad wpinkami odczucia są faktycznie intensywniejsze – słuszne są krążące opinie by być gotowym na coś więcej niż skałkowe 7a 😉.
Następny wyciąg, choć już łatwiejszy (6b+) nadal trzyma klasę. Kontynuujemy zacięciem i przewijamy się w prawo do kolejnego, które zatraca się w płytach powyżej – trudności trzymają do samego końca. Dwa odcinki (nr 9-10) mają podobne trudności (6b+) ale już znacznie inny charakter – wspinamy się płytami skośnie w lewo w kierunku widocznego w oddali dachu po małych chwytach w ostrej skale przechodzącej stopniowo z szarej w zółtą. Niestety z powodu palącego Słońca i bólu stóp na małych stopniach ciężko już jednak docenić urodę tej części drogi – myślę tylko o przejściu do kolejnej wpinki i utrzymaniu skupienia by nie musieć powtarzać bolesnych metrów. Idąca za mną Ania mając mniej odporności na cierpienie przeżywa jeszcze cięższe chwile i choć lubi takie formacje to też chciałaby już wyjść ze ściany - słowa uznania za wytrwałość bo nawet pomagając sobie ekspresami w trudniejszych miejscach przewspinać trzeba było setki metrów!
Ostatnią przeszkodą jest przejście wspomnianego przewieszenia na wyciągu nr 11 (6b+). Po kilku soczystych ruchach po klamach trudność czeka nad okapem – mimo skurczy rąk nie ma jednak mowy by stracić OS-a, zmuszam się więc do kilku kolejnych przechwytów i wychodzę na zbawienną (również po wiszących stanowiskach) półkę. Do końca pozostają dwa łatwe odcinki – wiemy już więc że droga jest nasza, pozostaje tylko wydobyć jeszcze trochę spręża. Dwunasty wyciąg (5b/5c) to przewinięcie za filarek w lewo i podejście pod ostatnią ściankę – można by pominąć stanowisko ale lepiej nie ciągnąć liny i przewietrzyć stopy. Deser w płycie rodem z Paklenicy (5c/6a) choć bolesny, smakuje bardzo dobrze ze świadomością, że to ostatnie metry – ze stanowiska na tarasie pozostaje turystyczne 10-minutowe podejście na szczyt. Jestem tak zmęczony pokonywaniem ograniczeń własnego ciała i umysłu w ostatnich godzinach, że zamiast cieszyć się ze zrealizowanego marzenia, odczuwam znane w takich przypadkach wypalenie. Radość i satysfakcja stopniowo jednak pojawiają się w kolejnych godzinach i narastają w kolejnych dniach – tak zbudowane wspomnienie zostaje z nami na dłużej!
Mam nadzieję, że opisem zachęcę do kolejnych powtórzeń tej pięknej drogi. Dodam jeszcze, że z kilkuset wielowyciągowych dróg jakie już w życiu robiłem była to jedna z najpiękniejszych więc absolutnie polecam – już pomijając że to duża ściana bo każdy wyciąg postawiony osobno w skałkach byłby obleganym klasykiem! Do przejścia wystarczy lina pojedyncza (na powtórki wyciągów dobrze by miała więcej niż 60m) jeżeli nie chcemy zjeżdżać – niezbyt polecane ale możliwe bo na stanowiskach jeden z dwóch spitów ma mailona, dodatkowo wszędzie doklejony jest jeden ring co też poprawia psychę bo punkty choć wyglądają dobrze mają już przeszło 20 lat. Do tego 14 ekspresów (albo 12 i 2 dodatkowe karabinki na zacięcie L7) i dla poprawy komfortu 2 małe friendy (idealnie czarny i niebieski totem) oraz ewentualnie 2 średnie (żółty i fioletowy) na samo zacięcie jeżeli nie mamy sporego zapasu 😉. Generalnie obicie jest bardzo dobre, spity prawie zawsze w trudniejszych miejscach a runouty tam gdzie łatwiej – choć czasem zwiększa to trudności bo nie wiadomo którędy iść. Tak czy owak świetne wspinanie i piękna przygoda gwarantowane!





























