18/08/2026Tagi: AlpyDolomityCima Piccola di LavaredoWspinanie górskie lato

Otzi trifft Yeti, Cima Piccola di Lavaredo

Wycena: VIII+   Wycena uzupełniająca: 7a+   Asekuracja: RS2   Długość [m]: 345   Wyciągi: 10   Czas [h]: 10   Wystawa: S   Ocena: 9/10   Komentarz:    

Jednym z głównych celów wyjazdu w Dolomity był wymarzony Gelbe Mauer (Zółty Mur) na Małej Cimie. Poranny opad oraz chłód pod ścianą nie pozostawiają jednak złudzeń – droga i bez tego mogłaby okazać się dla nas zbyt ciągowa. Przechodzimy więc do planu B, sąsiedniej linii Ötzi trifft Yeti (VIII+/7a+ 345m) - bardziej „górskiej” wspinaczkowo i asekuracyjnie ale mimo podobnych wycen wyciągów z mniejszym nagromadzeniem trudności. Droga zaliczona do 100 alpejskich klasyków w przewodniku Im modernen Fels okazuje się świetna, zróżnicowana i powietrzna, z kruchymi fragmentami tylko na łatwiejszych fragmentach. Mimo więc iż wzrok uciekał w kierunku Muro Giallo wspinanie było jednym z lepszych jakie miałem okazję w Dolomitach doświadczyć – zdecydowanie polecam więc jako cel sam w sobie!

Ötzi (legendarny Człowiek Lodu) spotykający Yeti (przedstawiać nie trzeba) – bo tak tłumaczymy nazwę drogi na język polski – startuje kilkanaście metrów powyżej początku Gelbe Mauer, w przeciwieństwie do niej nie wypatrujemy jednak rzędu ładnych 10-milimetrowych boltów lecz wysoko umieszczonego nita oraz haka powyżej (taki miks mamy na całej drodze). Po odważnym początku przy drugim punkcie odbijamy skośnie w lewo i kierujemy się do stanowiska na małej półeczce – całość trzyma trudności VII/6b więc pomaga się dogrzać przed kolejnym wyciągiem. Czeka nas na nim przepiękne płytowe wspinanie, z dobrze ubezpieczonymi trudnościami dochodzącymi do 7a+. Prowadzący ten wyciąg Kuba dobrze trafia w najtrudniejszą sekwencję i dociąga wytrzymałościowy fragment powyżej, dzięki czemu całość udaje pokonać się w pierwszej próbie. Wspinanie na drugiego klasycznie zabiera trochę czasu i sił więc gdy docieram do stanowiska kolega od razu rusza w trzeci wyciąg (6c+). Tutaj dla odmiany czeka odważne przewinięcie przez przewieszkę – miejsce jest mocno bulderowe i nieoczywiste, na szczęście decyzja Kuby by zaryzykować ruchy w ciemno opłaca się i kolejny odcinek puszcza OS-em.

Ku naszej uciesze trend udaje utrzymać się na kolejnych trzech wyciągach, prowadzonych już przeze mnie. Pierwszy z nich to chwila oddechu od trudniejszego wspinania (VII-/6a+), jest za to bardziej górsko gdyż wspinamy się wzdłuż rys i zacięć uważając by nic nie zrzucić – do pojedynczych spitów i haków łatwo dołożyć jednak własną asekurację. Wyciąg piąty wyższe trudności (6c+) oferuje tylko na jednym fragmencie – dobrze obitym technicznym trawersie, po którym wychodzimy z przewieszenia i kierujemy się dobrze urzeźbionym terenem w lewo. Następny odcinek mimo takiej samej trudności (6c+) ma inny, wytrzymałościowy charakter – są dużo lepsze chwyty ale na 40 metrach z kilkoma długimi wyjściami nad nieliczne spity i haki można się zmęczyć. Dodatkowo trzeba pilnować żeby się nie zgubić – idziemy długo wprost do góry (choć wygląda trudno to nie jest) i dopiero pod sam koniec odbijamy efektownym trawersem kilka metrów w lewo do stanowiska.

Wyciąg siódmy to zdecydowanie najbardziej wymagający wspinaczkowo i mentalnie odcinek na drodze – w przewodniku widnieje przy nim adnotacja „trudny w stopniu 7a+” i zgadzamy się z tym, szczególnie dla przejścia w pierwszej próbie. Ta dla Kuby kończy się już po kilku metrach – podchwytliwym bulderku w pełnej lufie, który po rozpracowaniu okazuje się nie taki trudny. Po przewinięciu przez okapik czeka kilkanaście metrów pięknego i choć nie bardzo trudnego to podbierającego wspinania z wyjściami nad wpinki, a dalej… crux z brakiem stałych przelotów. Kolega kilkukrotnie wychodzi z ostatniej wpinki i dopiero po dołożeniu dwóch friendów zbiera się na odwagę by pokonać trudności – te po chwili odpuszczają i w nagrodę czeka hak, ale potem do stanowiska jest jeszcze jakieś 10 metrów runoutu na deser 😉. Po powrocie kolegi na stan próbuję przejść wyciąg fleszem – niestety na samym wyjściu z trudności odcina mi ręce i chwila zawahania kończy się zawiśnięciem. Po rozwieszeniu i dołożeniu wpinek jest jednak dużo bardziej komfortowo, dlatego też jesteśmy pewni że mamy szansę – Kubie udaje się już w drugiej próbie i droga na szczyt staje otworem.

Do końca pozostają bowiem trzy niżej wycenione wyciągi – ten ósmy biegnie jeszcze w przewieszonej strefie i jest dość mocny jak na 6b, dwa kolejne choć nadal zaskakująco wspinaczkowe jak na 5c i 6a prowadzą już w kładącej się górnej partii ściany. Asekuracja jest tu oczywiście rzadsza i trzeba uważać by czegoś nie urwać, a pod koniec skończyć możemy kilkoma wariantami. Na szczycie humory psuje nam jedynie pogarszająca się znowu pogoda – ostatnie dwie godziny były zimne i wietrzne, a dookoła zbierają się deszczowe chmury, do tego niedługo zacznie się ściemniać. Szybko zabieramy się więc za zjazdy – choć generalnie warto rozważyć zabranie butów i zejście bo powrót przewieszoną ścianą z pokonywaniem po drodze kilku okapów może być nerwowe. Szczególnie jeżeli ma się z tego miejsca złe wspomnienia – lata temu po przejściu Żółtego Filara (relacja TUTAJ) uparłem się by obejrzeć ze zjazdów Gelbe Mauer i skończyło się zawiśnięciem 200 metrów nad ziemią w pełnej lufie oraz rozpaczliwą walką o powrót do ściany oddalonej o 10 metrów 😉. Tym razem przy jechaniu od stanowiska do stanowiska na tej drodze i odpowiednim prowadzeniu liny oraz wpinaniu się do spitów pod okapami jest ok i dopóki nie zapadnie zmrok mamy okazję popatrzyć sobie na to co nas ominęło – nawet z tej perspektywy droga robi piorunujące wrażenie i trzeba będzie kiedyś na nią wrócić!